Ból. Wycieńczenie. Strach

2015-07-03 10.49.36

Grzegorz pisze:

Ponad jedenaście godzin marszu, ponad 20 kilometrów przebytego dystansu i wspinaczka z 1000 m.n.p.m na 2291 m.n.p.m i z powrotem. Tyle faktów.

Emocje i inne rzeczy w głowie: entuzjastyczne oczekiwanie, determinacja, satysfakcja, radość, duma, napięcie, przerażenie, strach, upór, radość, zdystansowanie, ulga.

Z trasy na gorąco pamiętam tylko fragmenty. Odświeżam pamięć zdjęciami. Próbuję ułożyć w spójną narrację to co się działo. Jest ciężko. To zmęczenie. Zmęczenie sprawia, że człowiek potyka się na prostej drodze. Zmęczenie sprawia, że zawiązanie sznurowadła przybiera postać skomplikowanego zadania, które wymaga kilkuminutowego wpatrywania się tępym wzrokiem w obutą stopę jak w letargu. Z powodu zmęczenia rzeczywistość przenosi się za mgłę, z której bodźce docierają spóźnione i przytępione, a fakt potknięcia i upadku postrzega się dopiero z pozycji ziemi. Tak właśnie jest po dzisiejszym przejściu. Jestem zmęczony. Śmiertelnie.

Zostało mi w głowie kilka rzeczy. Pocztówki.

Było śniadanie o 9 w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Bułki, nad którymi poprzedniego dnia odbyła się dyskusja w supermarkecie w Zakopanem, której pointą było to, że dziwne bułki z ziarnami będą smaczniejsze i dłużej świeże niż kajzerki zatem lepiej zainwestować po 89 groszy od sztuki i cieszyć się jadalną bułą zamiast niejadalnej. Były. Lepiej zainwestować.

Były skały. Skał było dziś wyjątkowo dużo. Każdy miał to w podstawówce na geografii. Roślinność górska ma szczególny charakter – układ piętrowy. Na pewnej, dość szybko osiąganej wysokości kończą się lasy. Po prostu znikają. Zaczynają dominować krzewy, w tym szczególnie molestowana przez każdego pedagoga kosodrzewina. Wyżej bytuje już tylko roślinność przygruntowa. Trawy, pojedyncze minikrzaki. Dalej mchy, porosty, tego typu rzeczy. Każdy wie, mało kto widział i sobie wyobraża. Dolina Pięciu Stawów Polskich faktycznie jest doliną, ale leży na wysokości 1600 m.n.p.m. Trzeba się tam wdrapać. A kiedy człowiek już dostanie się na miejsce wszędzie wokół widzi góry. Bardzo wysokie góry ze szczytami najczęściej skrytymi w chmurach lub we mgle. Występują tam już tylko niskie krzaki, mchy i porosty. Krótko później (czyt. wyżej), po opuszczeniu doliny drogą na Kozi Wierch, zniknęła trawa. Całkowicie. Zaraz za nią mchy i porosty. Ostatnich 300 metrów wspinaliśmy się po gołej skale idąc jakby-schodami po niemal pionowej ścianie. W okolicach 2000 m.n.p.m. krajobraz staje się księżycowy. Nie ma nic co wyglądałoby na żywe. Nawet piasek i kamienie się kończą. Jest tylko szary, spękany ostry granit, który wypiętrzał się przez tysiące lat tworząc sterczące ostro, obce, groźne i niepokojące struktury. Siedzieliśmy na tych skałach na szczycie Koziego wierchu (2291 m.n.p.m.), na Buczynowej Strażnicy (2242 m.n.p.m.) i na Granatach: Zadnim (2240 m.n.p.m.) i Pośrednim (2234 m.n.p.m.). Wspinaliśmy się po tych skałach Idąc Orlą Percią. 

Wspinaczka od chodzenia po górach różni się tym, że przy wspinaczce używa się wszystkich kończy. Jest się przyklejonym do zbocza i w sumie blisko temu do czołgania się. Orla biegnie w znacznej części po grani. To znaczy, że idzie się szczytem. Na wyciągnięcie ręki w prawo jest kilkusetmetrowa przepaść. Na wyciągnięcie ręki w lewo, to samo. Czasem szlak schodzi z grani i biegnie wzdłuż ściany, poniżej szczytu. Wygląda to wtedy jak chodzenie po gzymsie wysokiego budynku. Z jednej strony twarda ściana, z drugiej Koniec. Można się bardzo zbliżyć do takiej ściany. Można się na niej rozpłaszczyć, gdy stopień, który oddziela od Końca jest węższy niż długość stopy, którą się po nim idzie, gdy stopnie wypadają w różnych odległościach od siebie i na różnej wysokości. Ominąwszy szczyt szlak wspina się na kolejny. Przecina grań i schodzi po jej drugiej stronie aby przejść pod kolejnym wyższym elementem. Ta zabawa trwa długo. Bardzo długo. Dystans jest krótki, ale idzie się go godzinami. My przeszliśmy część. Wystarczyło.

Pod Buczynową Strażnicą jest Żleb Kulczyńskiego. To takie miejsce, w którym szlak schodzi z grani na zachodnią stronę. Nie ma tam zabezpieczeń. Jest za to wyjątkowo paskudna kilkudziesięciometrowa przepaść poniżej. To był ten moment, kiedy się bałem. Schodziliśmy po tej niemal pionowej ścianie bardzo powoli. Przyklejeni do skały, twarzą w kierunku stoku „cofaliśmy się” po jednym kroku szukając po omacku miejsc, gdzie można by oprzeć kawałek stopy i chwytów na dłonie. Każdy chwyt i stopień sprawdzałem dwukrotnie przed przeniesieniem nań ciężaru ciała. Na żlebie nie było drugiej szansy. Skały są tam częściowo popękane, ale przeważają gładkie i śliskie powierzchnie. W pęknięcia wkłada się dłoń lub stopę i obniża ciało wzdłuż płaskiej powierzchni szukając jednocześnie kolejnej szczeliny. Ten proces ciągnie się w nieskończoność mimo, że to nie więcej niż 40 metrów. Nie ma innej możliwości. Jeżeli ktoś nie zejdzie ze żlebu we właściwym miejscu, przed jego końcem, na przykład na skutek ześlizgnięcia się, czeka go krótki lot, a później Koniec.

Szedłem więc 40 metrów przez kilkanaście minut na czworaka, tyłem, po gładkiej powierzchni. Pionowo. Bardzo się bałem.

Po Żlebie był Kominek pod Mniszkiem. Kominek to miejsce, w którym dwie właściwie płaskie, pionowe ściany łączą się pod kątem zbliżonym do 90 stopni. Da się czymś takim wspinać. Kominek był łatwy i przyjemny. Przez całą jego długość biegły łańcuchy, po których można się podciągać jak na linie. Przez Kominek szliśmy w górę. To dużo łatwiejsze niż schodzenie bo widać gdzie się zaczepia kończyny. W Kominku złapały mnie kurcze ud. Obu naraz. Przeszedłem. Już się nie bałem. Ne patrzyłem na przepaść poniżej.

Pamiętam kolana. Trudno nie pamiętać ponieważ ich dziwny stan nadal trwa. Po schronisku poruszam się krokiem powolnym i komicznym. Ostatni raz były takie po Maratonie Warszawskim w 2014 roku. Śmiesznie chodziłem, bo niezbyt mogłem je uginać. Jakikolwiek ruch w kolanie kończył się głębokim i intensywnym bólem. Dziś jest tak samo. Cały staw ma konsystencję czegoś pomiędzy galaretką a pęcherzem wypełnionym płynem limfatycznym, który powstaje na skórze na skutek otarcia (każdy miał kiedyś nowe skórzane buty, które musiał rozchodzić; to to.). Okolice kolan cierpią w górach w dwójnasób. Podczas wchodzenia i wspinaczki bolą mięśnie, które unoszą ciężar całego ciała kiedy noga się prostuje. Przy schodzeniu obciążony jest staw. Moje stawy kolanowe po zejściu z iluś tysięcy „schodków” zamieniły się w galaretę. Bolą wyprostowane, ale podczas uginania bolą bardziej.

Ostatnia rzecz, którą pamiętam to woda. Wspomnienie o wodzie ma dwa aspekty. Krajobrazowy i fizjologiczny. Krajobrazowy jest prosty. Górskie jeziora są nieziemskie, nierealne. Po prostu trzeba się tam wdrapać i zobaczyć co to za woda. Aspekt fizjologiczny jest bardziej skomplikowany. Wypiliśmy po 3 litry płynów na głowę, w tym również mieszanki z elektrolitami. Napełniałem w drodze powrotnej opróżnione butelki w strumieniu. Piliśmy właściwie bez przerwy i wszystko, absolutnie wszystko z tej wody uciekało ze mnie przez skórę. Perspiracja była w tych warunkach tak intensywna, że przez cały 11,5 godzinny marsz nie korzystałem z toalety (Eufemizm obejmuje krzaki i drzewa. Tak to jest na łonie przyrody). Trzy litry to lekko licząc 12 do 15 szklanek wody. Sugeruję spróbować pić tyle w warunkach biurowych. Mimo tego całego picia wróciłem do schroniska z lekkimi objawami odwodnienia. Sporo wody było też w lesie. Przez las wypadł nam powrót, Na Orlą weszliśmy ze wschodniej strony, a schodziliśmy od zachodu. Trzeba było obejść góry dookoła żeby wrócić do schroniska. Wracaliśmy ledwo żywi i koszmarnie obolali (kolana itp.) idąc lasem przez 3 godziny. W lesie było dużo strumieni, a przekroczenie każdego z nich wiązało się z zejściem do poziomu wody, skakaniem po kamieniach lub przekroczeniem mostu i mozolną wspinaczką ponownie na zbocze. Lasy w górach zawsze są pofałdowane. Staram się tej części nie pamiętać.

Dziś zdjęć nie będzie. Internet w schronisku ledwo daje radę z tekstem. Opracuję zdjęcia i filmy i opublikuję je, kiedy będę miał sensowny dostęp do sieci. Myślę, że będzie na co patrzeć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s