Bornholm, dzień 1


Ten dzień zaczął się o 5 rano i trwał 16 godzin. W tym czasie: przepłynęliśmy na Bornholm katamaranem „Jantar” (4,5 h), przemaszerowaliśmy 26 km (6,5 h), rozbiliśmy namiot (7 min, profeska, a nowy i wcześniej nie stawiany) i zrobiliśmy dziwną kolację z kuskusu, fasoli z puszki i tuńczyka z puszki (0,5 h). Teraz leżymy w namiocie i umieramy ze zmęczenia. Jeśli się nie uda, to w nocy umrzemy z zimna.


Pierwszą przygodą tego dnia był prom, który odbił od brzegu o 7 rano. Kontroli celnej ani innych głupot nie było. Pomimo zupełnie bezchmurnej i bardzo słonecznej pogody Bałtyk był mocno zafalowany i El padła ofiarą choroby morskiej. Jej twarz przybrała barwę szarego papieru, takiego gazetowego i spędziła cały rejs przytulona do metalowej drabinki na zewnętrznym pokładzie. To i tak nieźle. Byli tam ludzie, którzy osiągnęli kolor siny, a nawet zielony. Sympatyczny, młody steward rozdawał pasażerom foliowe woreczki. Mnie choroba morska oszczędziła, ale za to straszliwie zmarzłem dzieląc swój czas między czuwanie przy El i szwędanie się po kołyszącym pokładzie. Oczywiście wśród pasażerów trafili się także twardziele (których można poznać po wąsie), którzy nic sobie nie robili z morskiej huśtawki i z uśmiechem rozpracowywali browara po browarze. Przed południem przybiliśmy do brzegu w porcie w Nexo. I tym razem odbyło się bez administracyjnych cyrków.


Przepakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę wzdłóż brzegu na południe żeby zobaczyć najdalej wysuniętą w tym kierunku część wyspy, Dueodde. Miejsce słynie z najpiękniejszych plaż piaszczystych na Bałtyku, a lokalny piasek był w przeszłości używany przy produkcji klepsydr. Plaże okazały się naprawdę niesamowite i spędziliśmy tam dłuższą chwilę. Nasz błąd polegał na tym, że założyliśmy zbyt optymistycznie to, ile jesteśmy w stanie dziennie przejść z takim obciążeniem. Do Dueodde wyszło już 10 km, a na campping w Aakirkeby czekało nas jeszcze 16. Droga okazała się męczarnią do tego stopnia, że zaczęliśmy łapać stopa. Tu przydatna uwaga: na Bornholmie autostop chyba nie jest popularny ponieważ nikt się nie zatrzymywał. Szliśmy więc tak przez cały dzień przez piękną, pocztówkową okolicę, mijając bajeczne krajobrazy, samoobsługowe stragany przy drogach i te wszystkie kolorowe domki, które zachwalają przewodniki turystyczne i cierpiąc przy każdym kroku. Minęliśmy grupę ludzi galopujących konno po plaży, minęliśmy kolumnę retro samochodów jadących na jakiś zlot albo rajd, a nasze myśli zaprzątało głównie to jak bardzo bolą stopy i jak jeszcze daleko.


Na pole namiotowe dotarliśmy o 18:40. Szybko rozbiliśmy namiot, El porozmawiała po angielsku z właścicielem, który okazał się bardzo sympatyczny, zjedliśmy kolację, wzięliśmy gorący prysznic i rozłożyliśmy się spać. Jest 21, a nam kończą się już ciuchy, które możemy na siebie założyć, żeby przestać marznąć w śpiworach. Do zobaczenia rano.

Dodatkowe info: słabo tu z internetem, więc na razie publikuję tylko część zdjęć i rezygnuję z filmów. Uzupełnię to jakimś zbiorczym postem już w Polsce.

Reklamy