Bornholm, dzień 3

Folia NRC, he, he. Strzał w dziesiątkę. Prawie. Nasz koc ratunkowy faktycznie utrzymywał ciepło blisko śpiworów, ale niestety skraplał też sporo wilgoci z powietrza. Skutek był taki, że śpiwory były mokre. Na szczęście tylko na wierzchu i nie na tyle, żeby nie wyschło w kilka chwil na słońcu. Rano pobudka, prysznic na telekartę i czekoladowo-orzechowa papka na śniadanie. Później dzień lenia. Nie mając sił wieczorem, odłożyliśmy zwiad okolicy na rano. Po krótkim spacerze (bez plecaków) okazało się, że camping położony jest nad morzem. Pięknym, czystym morzem.

W pobliżu spotkaliśmy też parę Polaków z naszego promu, którzy objeżdżali wyspę na rowerach i mieli wracać wcześniej. Dostali sygnał od przewoźnika, że z powodu sztormowych warunków prom nie przypłynie. Słabo. Zamierzają wracać inną drogą, a my trzymamy kciuki za ich powodzenie i za to żeby nasz prom w sobotę jednak przypłynął.

Plan na dziś miał charakter wybitnie relaksacyjny. Do przejścia było 8 km z Rone do Hasle, piękną leśną scieżką wzdłuż brzegu. Nie zatrzymywaliśmy się po drodze i osiągnęliśmy camping nadmorski na południowym skraju portowego miasteczka po półtorej godziny. Camping jest wielki i oferuje kuchnię, prysznice, sanitariaty i darmową samoobsługową saunę oraz pierwsze sprawne i darmowe Wi-Fi z jakim się tu spotkałem.

Nie samym jednak luksusowym campingiem człowiek żyje. W Hasle żyje się śledziem zwanym „Bornholmerem”, czyli wędzonym na ciepło. Budynek na zdjęciu to wędzarnia. Duża, bo są też małe. Charakterystyczne kominy wystają właściwie z każdego przydomowego ogródka, a miejscowa ludność wędzi na potęgę i trzeba im przyznać, że wiedzą co robią. Śledź bornholmski, w przeciwieństwie do podawanego w Polsce nie jest kwaśny od octu, mdły od śmietany czy słony jak diabli lub zalany olejem. Miejscowy śledź smakuje jak normalna morska ryba. Ok, jak bardzo smaczna morska ryba. Fenomenalna wręcz. Miejscowy przysmak nazywa się „Sol over Gudhjem” i składa się nań rzeczony śledź z drobno krojoną cebulą i rzodkiewką, podawany na ciemnym lieczywie i polany surowym żółtkiem jajka. Mistrzostwo świata, naprawdę.
Po śledziu poprawiliśmy wędzoną makrelą z czosnkiem.
A całości pięknego obrazka dopełniło miejscowe piwo. Na Bornholmie jest jeden browar i jest dobry.

Po obiedzie El zdecydowała, że to jednak są wakacje, a nie wyczyn sportowy i należy jej się relaks z książką w promieniach słońca. Pełna racja. Ja wiedziony wrodzoną ciekawością ruszyłem do portu na poszukiwanie materiału do zdjęć. Pochodzę z Gdańska. Wiem, że w portach zawsze jest co fotografować.

Dziś zasypiamy spokojni. Jutro 15 km marszu do Allinge (miasto na północnym krańcu wyspy) z przerwą na zwiedzanie wielkiego zamku nad urwiskiem zwanego Hammerschus. Byłbym zapomniał, nasz namiot wygląda dziś tak:

Reklamy