Bornholm, dzień 4

Całą noc wiało niemiłosiernie. Od 3 dni wiatr wyje i trzęsie naszym mobilnym domem. Namiot trzyma się dzielnie i jest naprawdę fajny, ale wiatr męczy. Skoro mowa o namiocie, to wewnątrz wygląda on tak:

A na włosy zdarza mu się przy wietrze działać tak:
Z czasem można się przyzwyczaić.

Dziś postanowiliśmy ruszyć wcześniej. Rano nie było czekania, aż wzejdzie słońce i ogrzeje świat. Około 8 ruszyliśmy pod prysznic (tym razem całe pomieszczenie było ogrzane. Wcześniej zdarzały się łazienki niewiele cieplejsze niż przestrzeń na zewnątrz. Na śniadanie ponownie warm mush z czekoladą (przez rok nie spojrzę już na płatki) i o 9:30 ruszyliśmy w 15 km marsz na północny kraniec wyspy jej zachodnim brzegiem z obowiązkowym zwiedzaniem ruin wielkiego zamku na skarpie nad morzem. W przeciwieństwie do poprzednich dni, zamiast trasy rowerowej wybraliśmy pieszą i wybór okazał się doskonały. Wyspa po południowej stronie ma łagodny, piaszczysty brzeg. Im dalej na północ tym jest więcej kamieni. Wkrótce pojawiają się skały, a zaraz za nimi nadmorskie urwiska. Wędrując z południa na północ wzdłóż zachodniego brzegu można wspinając się coraz bardziej górską ścieżką obserwować tę zmianę charakteru wybrzeża.

Wrażenie jest niesamowite, morze przepiękne, a okolica wyludniona. To w tych rejonach pod koniec  XIX wieku powstała morska służba ratunkowa, która miała nieść pomoc załogom statków, które padły ofiarą licznych w tym rejonie podwodnych skał. Ciekawa odmiana po tym, co informacja turystyczna opisywała jako periodyczny wzrost zamożności lokalnych społeczności po każdej pobliskiej katastrofie morskiej. Każdy kto pamięta jeszcze coś z historii prawa skojarzy pewnie starą zasadę, że to co wyrzuciło morze jest rzeczą niczyją, a res nullius cedit primo occupanti (wliczając w to osoby rozbitków i ich dobytek). Istotne jest jednak to, że początkowo na klifach pomiędzy Hasle a Vang funkcjonowały 3 posterunki morskiej służby ratunkowej w postaci drewnianych chatek, nie większych od wiaty przystankowej czy dużej kabiny prysznicowej, a pełniący w nich wartę ratownicy mieli ogniem sygnalizować niebezpieczeństwo lub jeśli do katastrofy już doszło, ściągać pomoc z okolicznych osad rybackich i śpieszyć na ratunek. Najczęściej zimą, w nocy i w burzy, bo w sprzyjających warunkach wypadki jakoś rzadziej się zdarzały. To wszystko za ekwiwalent dzisiejszej złotówki za godzinę w porze nocnej i połowy tej stawki w ciągu dnia.

Wędrując w tych rejonach sporadycznie napotykaliśmy osady rybackie, które najczęściej składały się z trzech domów z kamienia lub ciegieł, z których wszystkie miały po sto lat, dwa były opuszczone, a trzeci zadbany, pomalowany jaskrawym kolorem i ogólnie robiący takie wrażenie, że człowiek od razu myślał o tym żeby rzucić wszystko, co robi w dużym mieście w cholerę i przeprowadzać się na ten koniec świata. Całości sielskiego obrazka dopełniała malutka przystań rybacka z falochronami usypanymi z kamieni, mieszcząca po kilka odkrytopokładowych łodzi. Podobne osady można zaobserwować w mniej uczęszczanych rejonach Chorwacji i pewnie wszędzie, gdzie lokalna ludność jest od wieków silnie związana z morzem. Nie mogłem przestać się cieszyć tym widokiem, ale trzeba było iść dalej.


Po nieco ponad 10 km drogi, dotarliśmy na zamek (zbłądziwszy uprzednio na ogrodzonym drutem pod napięciem pastwisku pełnym owiec i kilku groźnie łypiących spode łbów baranów. Pierwotnie chciałem ruszyć z groźną miną prosto po szlaku, założywszy ostrą końcówkę na kijek trekkingowy, bo nie będzie mi przecież jakiś kebab in spe tarasował przejścia, ale El wiedziona przyrodzonym kobietom rozsądkiem zarządziła obejście stada dookoła, skutkiem czego weszliśmy w tereny z wyglądu idealnie śródziemnomorskie). Zamek okazał się ogromny, niewiele mniejszy od malborskiego, za to z dużo trudniejszym podejściem. Samo wdrapywanie się nań było wyzwaniem, ale efekt przebijał wszystkie dotychczasowe widoki. Słowa ani zdjęcia nie oddają teg,o jak z murów wyglądało wybrzeże i jakie cała konstrukcja robiła wrażenie. Osobie bardziej oczytanej wypadałoby zacytować fragment Eneidy lub podobnego klasyka, ja tylko syciłem oczy i cieszyłem się z chwili odpoczynku, marznąc przy tym niemilosiernie, ponieważ lodowaty wiatr znad morza dął tak, że chwiali się ludzie, chwiały się drzewa i właściwie wszystko, co nie było zamkiem.


Zebrawszy siły ruszyliśmy do Allinge, gdzie wypadał nam dzisiejszy nocleg. Szybko rozbiliśmy namiot szukając tym razem miejsca może nieco dalej od sanitariatów, ale za to upewniając się, że wiatr nie będzie miotał namiotem przez całą noc. Trafiliśmy fragment pola z widokiem na morze.

Trasa wiodła nas dziś plażami, klifami, lasami, łąkami, pastwiskami, moczarami, polami, przez kamieniołomy i po ulicach. Dotarliśmy już na wschodnią stronę wyspy i mamy za sobą 67 km. Plecaki są wyraźnie lżejsze, albo my przywykliśmy do trudów wędrówki. Ból w nogach również już tak bardzo nie dokucza. Wschód oznacza jednak, że pora zacząć powoli myśleć o powrocie do domu. Jutro śpimy w Gudhjem, a pojutrze chcemy wylądować w Nexo, tym samym, z którego zaczęliśmy okrążać wyspę. W sobotę rano powinien się tam zjawić prom, który pod wieczór zabierze nas do Polski. Martwi mnie jednak to, że od tygodnia wieje i to wieje potężnie. Z namiotu słyszę nie szum lecz głośny ryk morza rozbijającego się o brzeg, a na grzbietach większości fal przez cały dzień widziałem białe grzywy. Przy takim rozkołysie możemy nie mieć jak wrócić na polski brzeg.

Reklamy