Główny Szlak Beskidzki, dzień 1

Zimno, znowu, k#^*a zimno. Początek lipca, a spaliśmy we wszystkich ciuchach, które mieliśmy w plecakach. Co prawda według prognozy była to najzimniejsza noc w tym okresie i dalej będzie już cieplej, ale postanowiliśmy jednogłośnie, że dziś śpimy pod folią NRC. Poza zimnem, porannym kłopotem okazała się rosa i brak słońca. Namiot był mokry. Nie w środku, ale pod podłogą i na wewnętrznej stronie tropiku. Kondensacja pary wodnej to normalna sprawa w namiocie, ale akurat teraz utrudniła poranny wymarsz. Nie uśmiechało mi się nosić mokrego namiotu, a tym bardziej zasypiać w takowym. Na szczęście na nocleg dotarliśmy wcześnie, a intensywne słońce do spółki z silnym wiatrem wysuszyło to, co nie zdążyło przeschnąć w czasie śniadania. Ale o tym za chwilę.

Wbrew szumnym zapowiedziom, zamiast o 7 wyszliśmy o 08:30. Trochę się tego spodziewałem. Obudzić się w namiocie nad ranem to nie problem. Problemem było zimno i wspomniana wcześniej wilgoć. Dopóki słońce nie nagrzeje trochę powietrza, opuszczanie śpiwora urasta do rangi niemożliwości. Tak jak pisałem wcześniej, za Wołosatem droga się kończy. Przez kilkaset metrów jest jeszcze jakaś szutrówka prowadząca do wejścia do parku narodowego i odbijająca w stronę mostku stanowiącego granicę z Ukrainą, ale dalej to już leśny dukt. Co ciekawe, nie przeszkadzało to wcale wielkiemu wojskowemu Starowi, który rycząc potężnym dieslem piął się w górę z ładunkiem żołnierzy na pace. Zasięgu nie mamy, wieści do nas nie docierają, ale wojny to chyba jednak nie ma, co? Po dłuższej chwili Star wrócił bez ładunku. Nie napotkaliśmy wojaków na szlaku, po czym wnioskuję, że musieli wejść w dziki las. Po drodze mijaliśmy też dziwne małe niby-kapliczki w postaci deski z małym daszkiem, krzyżem i wymalowanym rzymskim numerem. Przy trzeciej zorientowaliśmy się, że to stacje drogi krzyżowej. Podejście było na tyle strome i męczące, że uznałem kontekst sytuacyjny za adekwatny. Minęli nas także strażnicy graniczni na quadach, ale nie wzbudzili już takich sensacyjnych spekulacji. Trochę im tylko zazdrościłem, że mają transport.

Transportu wystarczyłoby jeszcze na jakieś 4 km, bo później szlak ostro odbił z kierunku wschodniego na północno-zachodni i zaczął się stromo wspinać. Po chwili wdrapaliśmy się na Rozsypaniec (1282 m.n.p.m.), z którego rozciągała się przepiękna panorama na stronę Ukrainy. Potwierdzam, że wszystko, co pisze się o urodzajności tych terenów, to prawda. Zieleń aż biła w oczy. 


Oczywiście poza tym, że zielono, było też stromo i męcząco. Szliśmy przez Halicz (1333 m.n.p.m.) i trawersowaliśmy Kopę Bukowską na wysokości 1240 m.n.p.m., aby dotrzeć na siodło pod Tarnicą, mijając wcześniej letnią bazę GOPR, w postaci zadaszonej, drewnianej altanki ze stołem i ławami z bali dookoła. Ślady ogniska świadczyły o tym, że ktoś tu nocował. Sama Tarnica, najwyższy szczyt polskiej części Bieszczadów (1346 m.n.p.m.), okazała się być kurnikiem. Wszędzie pełno tam było turystów, wycieczek, dzieci, psów i hałasu. Po szybkim selfiku pod krzyżem (coś, jak ten na Giewoncie) ruszyliśmy w dół.


Piszę, w dół, bo zmierzaliśmy już do położonych w dolinie Ustrzyk Górnych na nocleg, ale szlak oczywiście obniżał się falująco, prowadząc to w górę, to w dół. Kostki bolały niemiłosiernie. Kolana miały konsystencję galarety. Co chwilę potykałem się o wystające kamienie bluzgając pod nosem na czym świat stoi i życząc im długiej i bolesnej śmierci. Tak, wiem, że kamienie nie są żywe. Na campingu w Ustrzykach stanęliśmy o 15:30. Wyszło równych 7 godzin marszu, dokładnie tyle ile pokazywał przewodnik, choć trzeba zaznaczyć, że przewodnik twierdzi, że nie uwzględnia postojów. Przeszliśmy 24 km.

Namiot stanął i dosechł w chwilę. Ja przygotowałem resztę wyposażenia noclegowego (karimaty i poduszki mamy dmuchane), a El zorganizowała posiłek. Fasolka po bretońsku ze słoika, odgrzana na przenośnej kuchence gazowej, zagryziona wczorajszym chlebem okazała się całkiem znośna. W nagrodę było zimne piwo. Jutro ruszamy na Połoninę Caryńską, do Chatki Puchatka, a docelowo do Wetlic, spróbować przysmaków słynącej na cały kraj Chaty Wędrowca.


Fun fact: wpis na bloga piszę pół-stojąc na podłodze i pól-siedząc częścią tyłka na umywalce po to, aby kabel ładowarki sięgnął do gniazdka w campingowej toalecie. Doceńcie. 

Reklamy