Główny Szlak Beskidzki, dzień 2

Nie podzieliłem się tym wcześniej, ale jestem fanem twórczości małżeństwa Centkiewiczów, którzy napisali cały stos książek o podboju rejonów arktycznych. Bardzo gorąco (zabawne słowo w kontekście ich tematyki) wszystkim polecam. Ze sobą mam w tej chwili „Fridtjof, co z ciebie wyrośnie?”, biografię Fridtjofa Nansena (przeciekawa postać). Książka opowiada akurat o pierwszej w historii pieszej wyprawie w poprzek Grenlandii. Dość powiedzieć, że bohaterowie spędzili na wędrówce wiele tygodni, prawie poumierali z głodu (opisy tego, że da się zrobić zupę z pokrojonych na paski skórzanych butów są bardzo obrazowe), a w namiocie mieli średnio -30 stopni C. Rzecz miała miejsce pod koniec XIX wieku. Przestaję już bluzgać na swój śpiwór i na zimno.

Dzisiejszy dzień minął pod znakiem rozsądnych wyborów i późniejszego zachwytu nad ich skutkami. Szliśmy tylko 4 godziny i przeszliśmy około 8 km. Po drodze zaliczyliśmy bardzo strome podejście i równie strome zejście. Sama Połonina Caryńska (w najwyższym miejscu 1297 m.n.p.m.) oczywiście wyglądała cudownie, a widok dookoła był wyjątkowo malowniczy, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że już to wszystko wczoraj widziałem. Zeszliśmy w dolinę krótko po południu i przeliczywszy dalszą trasę ustaliliśmy, że jej pokonanie zajmie nam ponad 6 godzin. Jeśli wejdziemy ponownie w góry, to nie wrócimy przed wieczorem, do przejścia dojdzie nam kolejne spore przewyższenie, a namiot nie wyschnie. Mogliśmy, co prawda jedynie rozpocząć tę część trasy i po około 2 godzinach zatrzymać się na noc w Chatce Puchatka, ale przyszło mi to do głowy już po podjęciu decyzji. Zamiast tego przegryźliśmy coś z budki prowadzonej na uboczu przez sympatyczną stdarszą panią i busem złapanym na leśnym parkingu zjechaliśmy do Wetliny.


W miejscowości Wetlina znajduje się camping PTTK, położony nad rzeką Wetliną, który jest absolutnie idealny. Zadbany, czysty, prowadzony przez przesympatycznych ludzi, oferujący smaczną i obfitą kuchnię, a wszystko to w bardzo przystępnych cenach. Na miejscu grupa młodzieży w grała drużynowo w różne drinking games, nad rzeką przewieszona była lina, do której uwiązany był pomost kąpielowy, a przy barze za uśmiech rozdawane były owoce.

 

Oszamaliśmy powitalną śliwkę, rozbiliśmy namiot na zielonym trawniku i poszedłem zanurzyć się w rzece. Wytrzymałem może minutę, bo temperatura wody chyba nie specjalnie odbiegała od progu zamarzania, ale uczucie było fantastyczne. Poczułem, że jestem na wakacjach.


Dostrzegłem jeszcze wygodną drewnianą huśtawkę, miejsce na ognisko i grilla, boisko do siatkówki, darmowy stół z piłkarzykami, salę do ping-ponga, świetlię z wygodnymi kanapami, a do tego sporo ławek i parasoli. Nic tylko siedzieć tam i chillować. Krótko później kelner oznajmił, że „kucharce się machnęło” i na stół wjechało na tależu niespełna pół kilo smażonego sera. Frytki i surówki jako side. Jadłem, piłem, grzałem się w słońcu. Nawet Wi-Fi jakoś działało. W tle leciał rock n’ roll. Znalazłem swoją Ogygię.


W nocy przyszła burza. Wiatr szarpał namiotem, deszcz bił o tropik, który co chwilę rozjaśniały błyskawice. Trzask grzmotów wyraźnie się zbliżał. Początkowe wątpliwości na temat zdolniści namiotu do przetrwania tej nawałnicy pokonało wreszcie zmęczenie. Nie wiemy kiedy zasnęliśmy. Burze w górach robią niesamowite wrażenie. Jedyna porównywalna sytuacja, to burze na morzu, ale o tym w innym odcinku.

Fun fact: żeby wysłać ten post musiałem wyjśc z campingu i pójść szosą pod miejscowy sklep. Wi-Fi zawiodło, a pod sklepem jest sieć 4G.

Reklamy