Główny Szlak Beskidzki, dzień 3

Namiot przetrwał burzę i spisał się na medal. Tyle tylko, że tropik był mokry z obu stron i nie zapowiadało się na szybkie wyschnięcie, prognoza pogody zapowiadała nocą kolejny deszcz, a zaplanowany na dziś nocleg wypadał w wiosce oddalonej o 3 km. Postanowiliśmy zmodyfikować plany i wejść na Połoninę Wetlińską od zachodniej strony, wejściem orzez Przełęcz Orłowicza (1099 m.n.p.m.) i bez plecaków. Pomysł był sprytyny, ale wiązał się z taplaniem się w straszliwym błocie przez pierwszą godzinę drogi i wędrówką w gęstej mgle. Z tym drugim akurat jesteśmy obyci po przygodach w Tatrach, ale błoto wyjątkowo drażniło.

Na górze szło już sprawnie. Pokonywaliśmy kolejne hale i w południe trafiliśmy do Chatki Puchatka, sławnego schroniska bez wody, prądu i z toaletą na zewnątrz, w którym śpi się na strychu i które oferuje ponoć najlepsze wschody słońca w Bieszczadach. Może innym razem.


O 13:20 byliśmy spowrotem w Brzegach Górnych, z których wróciliśmy busem na camping w Wetlinie. W tym czasie zrobiło się słonecznie i namiot wysechł. Dłuższą chwilę zajęło nam zrobienie prania i przygoda z urządzeniem zwanym „butomyjką”, które okazało się być metalową balią ustawioną pod małym kranikiem, ale ostatecznie mogliśmy zająć się odpoczynkiem i korzystaniem ze słońca. Do obiadu podeszliśmy budżetowo. Ze sobą mieliśmu puree ziemniaczne w proszku (pozostałość z Wyprawy na Bornholm), lokalny sklep zapewnił ćwikłę i kawałek kiełbasy. Obróbka termiczna nastąpiła na naszej nowej kuchence turystycznej, a efekt całego przedsięwzięcia widać na zdjęciu poniżej.


Reszta dnia minęła nam na czytaniu i wędrówce wzdłóz rzeki. Poczyniłem także obserwację, zgodnie z którą najbardziej popularne w miejscowych sklepach i barach piwo to „Leżajsk”, ale da się dostać w zasadzie wszystkie popularne marki. Lokalny craft to „Ursa Maior”. Rano definitywnie opuszczamy to miejsce. Czas nam w dalszą drogę.

Reklamy