Główny Szlak Beskidzki, dzień 4

Na początek był autostop. Złapany po 10 minutach i w drugim podejściu. Podwiozła nas para z Gdańska. W ogóle sporo tu widzę gdańskich rejestracji. Dla El był to pierwszy stop w życiu i mimo tego, że trwał tylko 3 km, jest powodem do dumy i pochwalenia się siostrom. Podjechaliśmy z Wetliny do Smereku, czyli wioski, którą nasz czerwony szlak przecina i za którą znów wchodzi w las.

Cali mokrzy i wycieńczeni wdrapaliśmy się potwornie stromym podejściem na Fereczatę (1102 m.n.p.m.), dalej na Okrąglik (1101 m.n.p.m.), przez który przebiega polsko-słowacka granica, Jasło (1153 m.n.p.m.) i Małe Jasło (1097 m.n.p.m.) żeby długim i jedynie nieco mniej stromym zejściem osiągnąć Cisną. Cisna to taka Jastarnia, albo Jurata, tylko bez morza. Wszędzie mnóstwo plastikowego badziewia, okularów przeciwsłonecznych, świecidełek, dzieciaków i ludzi w japonkach wędrujących od baru do baru. Zrobiliśmy zapasy słodyczy (z obliczeń wynika, że jutrzejszy nocleg wypada nam w bazie namiotowej w środku lasu) i ruszyliśmy do Bacówki pod Honem. Na miejscu dosuszyliśmy namiot, ale postanowiliśmy dziś w nim nie spać i dogodzić sobie noclegiem w łóżku, a może i odcinkiem serialu. Na razie siedzimy w świetlicy i zapoznajemy się z ofertą gastronomiczną. Powoli schodzą się ludzie, ale ogólnie jest tu raczej pusto. Boli mnie kolano i zanosi się na deszcz. Przeszliśmy dziś 18 km, a od początku trasy ponad 60.

Reklamy