Cały dzień w biegu

Jedziemy na kolejny przedłużony weekend w Tatrach. Tym razem zachodnich, z planem odwiedzenia Słowacji i większą niż zwykle ekipą.

Już samo dotarcie w góry wiązało się z przygodami. Umówiliśmy się, że w piątek 1 września rano ruszamy ze schroniska na Polanie Chochołowskiej i to było nasze jedyne ustalenie w tym zakresie. Reszta zależała od inwencji poszczególnych osób. Kasia i Kuba przyjechali wcześniej, wdrapali się na Zawrat i Świnicę, po czym przejechali do wejścia do Chochołowskiej i ruszyli do schroniska. Ania o 7 rano ruszyła pociągiem z Wrocławia do Krakowa, gdzie spotkała się z El, która o podobnej porze ruszyła do Krakowa z Warszawy. Spotkawszy się i posiliwszy, dziewczyny ruszyły busem do Zakopanego, a następnie do wejścia w dolinę i do schroniska. Ja wstałem w Warszawie chwilę po 8 i zacząłem dzień długim prysznicem.

Plan był następujący: o 12 rozprawa w Łodzi, na którą jechałem samochodem. Później szybki powrót do Warszawy, toga do szafy, odgrzewany obiad na kolanie, plecak na plecy i o 15:45 łapałem pociąg do Krakowa. Poszło bez przeszkód, czego nie można powiedzieć o kolejnym etapie podróży. Pociąg spóźnił się tylko 5 minut i wjechał na peron docelowy o 18:13, ale to wystarczyło żeby możliwość złapania busa do Zakopanego o 18:17 stanęła pod znakiem zapytania. Sprawę uratowało szczęście, które sprawiło, że podjęty w kompletnie losowym kierunku sprint zaprowadził mnie na dworzec PKS, wprost przed maskę mojego busa, który właśnie ruszał z platformy. Teraz już do końca życia zapamiętam rozkład krakowskiego wspólnego dworca PKP i PKS. Kierowca okazał się być w porządku i zamiast mnie potrącić, zatrzymał się i otworzył drzwi. Nawet obyło się bez bluzgów. W międzyczasie dobiegł jeszcze jakiś koleś i w końcu ruszyliśmy w stronę Zakopanego.

Około 19:30 zaszło słońce. Do miasta dotarłem już po zmroku. Niby było jeszcze wcześnie i sporo ludzi kręciło się po ulicach, ale ciemność dookoła wydawała się jakoś głębsza niż powinna. Może to kwestia przyzwyczajenia do miasta. Wczoraj w Warszawie siedziałem nad Wisłą prawie do północy i było dużo jaśniej niż tu i teraz. Ustaliłem szybko, że bus jadący do wejścia do doliny ruszy o 20:55 i zaatakowałem lokalny market, w którym zdobyłem wielką, choć nieco czerstwą bułkę, starego pączka i swoją ulubioną Jogobellę truskawkową. Bułka z jogurtem poszła od razu. Pączka zjem podczas przewidzianej na 2 godziny wędrówki przez las w kompletnej ciemności do schroniska. Samotnie. Jak dobrze, że w drodze oglądałem jakiś stary odcinek „Z archiwum X” o potworze, co zabijał w nocy. Na pewno będzie wesoło.

img_0751-1

„Tak wyglądał, gdy widziano go po raz ostatni”

Reklamy