„O”, nie „u”

Poranek rozpoczął się dynamicznie. Szybka toaleta, szybki warm mush z czekoladą i o 07:20 wyruszyliśmy w Góry. Pogoda była piękna, niebo bezchmurne, lekki wiatr chłodził, jasne słońce grzało. Prognozowana burza została odwołana aż do późna w nocy. Prosto ze schroniska, dziarskim marszem skierowaliśmy się na Grzesia (1653 m.n.p.m.), którego osiągnęliśmy po godzinie i piętnastu minutach. Panorama z Grzesia była fantastyczna. Z daleko wysuniętego na zachód szczytu, w kierunku wschodnim widać było niespełna całe pasmo. Powietrze było przejrzyste, a niebo bezchmurne. Po chwili odpoczynku skierowaliśmy kroki na Rakoń (1879 m.n.p.m.), a następnie na Wołowiec (2064 m.n.p.m.), gdzie pokonawszy bardzo strome podejście dotarliśmy o 10:15. Szlak wiódł prosto na południe wzdłuż granicy ze Słowacją i z wyglądu bardzo przypominał Czerwone Wierchy. Szczyty pokryte były niskimi krzakami i rudą trawą.

Na Szczycie Wołowca odbyliśmy dłuższy postój i podzieliliśmy się na dwie ekipy. Kasia i El rozstawiły bazę, a Ania, Kuba i ja, korzystając z okna pogodowego przeprowadziliśmy atak szczytowy na Ostry Rohač (2088 m.n.p.m.) – gołą skałę strzelającą niemal pionowo w niebo po słowackiej stronie.

Podejście, poprzedzone stromym zejściem z Wołowca, zajęło około godziny i wymagało użycia wszystkich kończyn, a wejście na sam szczyt zabezpieczone było łańcuchami i wymagało przemieszczania się wahadłowo. Szlak na Rohaczach, w przeciwieństwie do Orlej Perci jest w całości dwukierunkowy, ale ekspozycja wyklucza zwyczajne mijanie się. Kuba i Ania zatrzymali się pod szczytem, ja brnąłem w górę walcząc ze strachem przy każdym spojrzeniu w dół. Kilka łańcuchów, dwa trawersy nad przepaścią i jeden komin później było już po wszystkim. W południe Ostry Rohacz został zdobyty i mogliśmy zacząć wracać do schroniska.

Na Wołowcu okazało się, że dziewczyny poszły spać. Pozbieraliśmy je, opowiedzieliśmy o wrażeniach i zielonym szlakiem zeszliśmy do schroniska. Cała wyprawa trwała niespełna 7,5 h. Byliśmy wykończeni.

Na miejscu odebraliśmy swoje rzeczy z przechowalni i przenieśliśmy się do pokoju ze skrzypiącymi, piętrowymi łóżkami. Nastąpiły prysznice, obiady, zimne piwa i zasłużony odpoczynek. Pod wieczór wyszliśmy na krótki spacer wokół Polany Chochołowskiej. Pogapiliśmy się na pasące się owce, zajrzeliśmy do drewnianej kaplicy, w której mieszkała nieszczególnie bojąca się ludzi mysz i około 21 wylądowaliśmy w łóżkach. Kasia i Kuba oglądali jeszcze jakiś mecz, ale nie wiem nawet kiedy wrócili. Uzgodniliśmy, że w sobotę nie wychodzimy w góry przed 10. W nocy przyszła burza.

Reklamy