„W życia wędrówce, na połowie czasu, straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi, w głębi ciemnego znalazłem się lasu”

Żyję. Choć łatwo nie było i nigdy więcej nie wejdę samotnie do lasu w nocy.

Bus z Zakopanego zabrał mnie z gromadką ludzi i ruszył na południowy zachód. Początkowo jechał przez miasto, po oświetlonych ulicach. Później światło pojawiało się jedynie na coraz rzadszych obszarach zabudowanych, a między nimi reflektory wyławiały z mroku jedynie drzewa i fragment drogi. Ludzie wysiadali na swoich przystankach i wkrótce zostałem sam na sam z kierowcą, który zjechał z drogi asfaltowej na polną. Jechaliśmy tak nocą po bezdrożach w milczeniu, aż dotarliśmy do wejścia w dolinę. Wysiadłem pożegnawszy się wylewniej, niż to mam w zwyczaju. Jakby zaklinając na zapas przychylność losu. Zegarek pokazywał 21:20. Było zimno i wiało. Księżyc, choć nie w pełni, dawał w bezchmurną noc dużo światła, więc dało się iść bez czołówki. Nie włączałem jej. Dolina była w tym miejscu szeroka i pusta, a na tle rozgwieżdżonego nieba rysowały się czarne sylwetki gór. Widok był przepiękny i baśniowo nierealny.

Szybki marsz na rozgrzanie doprowadził mnie po kilku chwilach do wejścia do lasu. Droga się zwęziła, zrobiło się ciemniej, krajobraz przysłoniły wielkie czarne drzewa. Wyobraźnia natychmiast podpowiedziała, że w takich warunkach można się znaleźć na wyciągnięcie ręki od pieszego zupełnie nie dając się dostrzec. Robiłem takie rzeczy za dzieciaka grając w podchody i różne nocne manewry. Wiatr wył, biegnący wzdłuż drogi przez całą dolinę strumień szumiał, nie dało się niczegoo zobaczyć ani usłyszeć. Nagle usłyszałem plusk i zbliżającą się serię głośnych chlupnięć. Coś dużego wskoczyło do wody i zmierzało w moją stronę. Tego już było za wiele. Pobiwszy swój rekord życiowy na setkę z plecakiem przez dłuższą chwilę miarowym biegiem oddalałem się od miejsca zdarzenia z nadzieją, że nie goni mnie niedźwiedź.

Włączyłem czołówkę i blade światło zalało przestrzeń bezpośrednio przede mną. W takim słabym świetle nie widać kolorów. Wszystko jest jaśniej lub ciemniej szare, a cienie przybierają niepokojące kształty. Rozglądając się nerwowo i oglądając raz po raz za siebie ruszyłem w dalszą drogę. Niedługo później, w oddali pokazały się nisko nad ziemią dwa czerwone ogniki. Szedłem niewzruszenie, poznałem, że to znicze stawiane pod jedną ze skał. Ktoś tam zginął, jest tablica pamiątkowa. Przeczytam przechodząc w ciągu dnia. Po chwili wypatrzyłem z oddali czołówkę. Ktoś szedł w przeciwnym kierunku. Okazało się, że Ania i El wyszły mi na spotkanie, a Ania nosi na czole reflektor przeciwlotniczy. Przywitaliśmy się radośnie i razem ruszyliśmy do schroniska. Po 40 minutach byliśmy na Polanie Chochołowskiej, w oddali widać było światło naszego noclegu. Później już tylko szybki prysznic, karimata na podłogę w świetlicy i sen. Wcześnie rano ruszamy w góry.

Okazało się, że podczas ucieczki przed wyimaginowanym niedźwiedziem otworzył mi się plecak i zgubiłem w lesie pączka.

Reklamy