Islandia, dzień 1

To była wyjątkowo spontaniczna decyzja. Pewnego pięknego dnia Łukasz zapytał, czy mamy plany na sylwestra i czy chcemy polecieć na Islandię zobaczyć zorzę polarną, bo akurat pojawiła się atrakcyjna oferta. To był początek listopada. Przed końcem dnia mięliśmy już bilety lotnicze, nocleg na skraju wyspy i zarezerwowany samochód. Rozpoczęło się nerwowe wyczekiwanie i przygotowania (głównie research i kupowanie jak najcieplejszych ciuchów). Zobaczenie na własne oczy zorzy polarnej zajmuje wysokie miejsce na naszych bucket listach.

Dziś jest 30 grudnia 2017 roku. Późno w nocy. Po 4 godzinnym locie Wizzairem z Gdańska opuściliśmy właśnie Reykjavik i pędzimy drogą nr 1 w stronę naszej bazy wypadowej w Siglufjördur – małej rybackiej osadzie, położonej 400 km na północ od stolicy.

Droga nr 1 to szczególna trasa. Zatacza pętlę wokół całej wyspy, jest asfaltowa, dobrze utrzymana i całorocznie przejezdna (co do zasady). W kraju, w którym znaczna część dróg to szutry zamykane na sezon zimowy, albo takie, których przejezdność jest całkowicie zależna od pogody i gdzie lepiej nie opuszczać zimą miasta bez napędu na cztery koła, dobra droga robi różnicę. Powinniśmy być na miejscu przed 2 w nocy. Jeśli nie trafi nam się lawina, stado koni albo inna typowa dla tych rejonów przeszkoda drogowa.

Trasa wije się i kręci. Początkowo biegła wzdłuż wybrzeża, później 6-kilometrowym podwodnym tunelem biegnącym pod dnem fiordu, następnie odbiła w stronę lądu i zewsząd otoczyły ją strome pagórki i wzniesienia. Wszędzie dookoła zalega cienka warstwa śniegu odbijająca światło księżyca. Noc jest bardzo jasna, a widoczność dobra. Brakuje natomiast jakiejkolwiek wyższej roślinności. Przebijająca spod śniegu trawa i pojedyncze krzaki to wszystko, co widać. Nie ma lasów, nie ma nawet pojedynczych drzew. Nic. Jak na wulkaniczną wyspę przystało, krajobraz jest przysłowiowo księżycowy, co przypomina mi anegdotę. W rejonie jeziora Myvatn, które zamierzamy zobaczyć, w latach 60’ XX wieku, astronauci programu apollo ćwiczyli przed lotem na księżyc poruszanie się i prowadzenie badań geologicznych, ze względu na podobieństwo tego trenu do powierzchni ziemskiego naturalnego satelity.

Osiągnąwszy północny skraj wyspy, nasza trasa odbija na wschód. Opuszczamy jedynkę i ostatnich 150 km pokonujemy wzdłuż brzegu dookoła fiordów. Widok jest niesamowity. Wielkie białe góry wyrastają wprost z czarnego morza. Wszystko skąpane w srebrnym blasku księżyca. Koniecznie trzeba tu wrócić za dnia. Szkoda tylko, że dzień na Islandii trwa teraz tylko od 11 do 15.

img_0656

Zdjęcie wykonane o 10:46 rano. Światło zastane.

Reklamy