Islandia, dzień 2

Wyspaliśmy się. Tym razem był hostel zamiast namiotu, więc nie marzliśmy w nocy. Pusty hostel w górach zimą. Ala trafiła w sedno stwierdzając, że to spanie wprost z „Lśnienia”. Siglo Harbour Hostel to przerobiony dwupoziomowy, dawny warsztat samochodowy. Ciepły, wygodny i przestronny. Klatka schodowa trochę zalatuje benzyną, ale klimat jest świetny. Jest nawet pianino (nie ma w nim niestety żadnego źródła ognia, co będzie mieć znaczenie w przyszłości). I mamy go w całości dla siebie. Wyspaliśmy się za wszystkie czasy. Cisza panująca dookoła była niesamowita.

O 8 nadal było ciemno. O 10 poszliśmy na poranny spacer po najbliższej okolicy i wciąż było ciemno. W porcie czuć było rybą. Po okolicy kręcili się pojedynczy ludzie. Ciemno było aż do wschodu słońca wypadającego około południa, kiedy to spożywszy ulepszoną wersję warm musha, wyruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Ciemność nie zmieniła się jednak w jasność. Przeszła tylko w dziwną szarość uniemożliwiającą stwierdzenie jaka właściwie jest pora dnia. Uznaliśmy jednogłośnie, że wrócimy stąd z rozregulowanym zegarem biologicznym.

Wdrapaliśmy się na coś w kształcie zapory przeciwlawinowej, oddzielającej zbocza najbliższych wzgórz od miasta i podziwialiśmy panoramę. Olga próbowała lepić bałwana, ale śnieg był zbyt sypki. Udało nam się natomiast kilkukrotnie wpaść w zaspę, zrobić aniołki (frozen hobos) i poskakać po śniegu. Udało się też zrobić kilka zdjęć i poczynić dwa praktyczne spostrzeżenia. Pierwsze jest takie, że zimą nie gasi się tu silników podczas krótkiego postoju. Pod miejscowym supermarketem stało kilka aut, wszystkie odpalone, z kluczykami w stacyjkach. Nawet z włączonymi światłami. Brakowało kierowców i pasażerów. Robili zakupy. W sumie rozsądnie. Częste odpalanie zimnego silnika przy dwucyfrowym mrozie to pewien sposób na szybkie kłopoty z akumulatorem, a samochodu i tak nikt nie zabierze, bo to przecież jednak wyspa. Nie mówiąc już o tym, że wszyscy wszystkich znają. Druga obserwacja była taka, że zupełnie inaczej pojmuje się tu opony zimowe. Człowiek, który wypożyczał nam auto zapytany o łańcuchy na koła, wzruszył ramionami i odpowiedział, że Islandczycy ich nie stosują, że nie ma zwyczaju i że zupełnie wystarczą zimowe opony. Kiedy pędziliśmy wczoraj nocą po lodzie i śniegu przepisowe 90 km/h samochód prowadził się świetnie, ale uznałem to za zasługę napędu 4×4. Dziś, po bliższych oględzinach, okazało się, że po islandzku „winter tires” to opony z kolcami. Niewielkimi, ale jednak świetnie sprawdzającymi się w tych warunkach. Kolce to jednak zupełnie co innego niż „zimówki” po polsku. Postanowiliśmy z Łukaszem, że pora przy najbliższej okazji poszaleć i sprawdzić jak będzie się nasz samochód zachowywał w poślizgu.

Po zwiedzaniu była kolacja. Na kolację były liofilizaty, a później sylwestrowy wieczór. Islandczycy mają fioła na punkcie fajerwerków więc strzelali i hałasowali przez cały wieczór. Wyglądało to świetnie. Obchodziliśmy kolejno sylwestra białoruskiego, polskiego i miejscowego ze względu na różnicę czasu. Olga wywołała wielkie poszukiwania ognia kiedy oświadczyła, że na Białorusi jest w zwyczaju spisywać w sylwestrowy wieczór na małej kartce życzenia, które następnie należy o północy podpalić, ugasić w kieliszku szampana i wypić tak sporządzony napój aby zapewnić spełnienie życzenia. Nikt z nas nie miał zapałek ani zapalniczki. Rozważaliśmy wywołanie spięcia w instalacji elektrycznej, ale szkoda nam było utraty prądu w domu. Rozważaliśmy zapalenie papieru w tosterze, ale szkoda nam było tostera. Wreszcie odpuściliśmy. Olga poinformowała, że w nocy z 13 na 14 stycznia też się liczy. Krótko po ostatniej północy padliśmy do łóżek zmęczeni i zmarznięci od wędrowania nocą po miasteczku.

Reklamy