Islandia, dzień 3

Misja na dziś: kąpiel w gorącym źródle. W promieniu 150 km zlokalizowaliśmy 3 i po porannym warm mushu ruszyliśmy w drogę. Przez zamieć śnieżną. Jakoś tak wyszło, że sypało. Sypało bardzo intensywnie, drogi były oblodzone i zaśnieżone. Przynajmniej na północy. Nic to. Poradzimy sobie.

Trasa wiodła podnóżami gór i brzegiem morza wszystko wokół było na zmianę biało-granatowe i biało białe. W co bardziej malowniczych miejscach zatrzymywaliśmy się na zdjęcia. Poza pejzażami i zdjęciami z naszym wyjątkowo fotogenicznym samochodem udało nam się również obfotografować miejscowy gatunek koni pasących się przy drodze. W trasie jak zwykle pierwszego stycznia słuchaliśmy Trójkowego Topu Wszech Czasów.

Do pierwszego źródła nie dotarliśmy. Dojazd wymagał przejechania brodem przez częściowo tylko zamarzniętą rzekę, a w wypożyczalni wielokrotnie powtarzano nam, że ubezpieczenie nie obejmuje zniszczeń powstałych na skutek przeprawiania się przez rzeki i kosztów wyciągania aut z wody. Rzek tu dużo i brodów też sporo, a część tras faktycznie wymaga przeprawy. Odpuściliśmy.

Drugie podejście uwieńczone zostało pełnym sukcesem. Grettislaug, bo tak się owo źródło nazywało, obejmowało dwa osobne zbiorniki, o różnej temperaturze mieszczące do kilkunastu osób. Położone było nad samym morzem, a w tle od strony lądu wyrastało za nim masywne zbocze jakiejś samotnej góry. Ze względu na zamknięty przejazd zostawiliśmy samochód 2 km od źródła (jak się później okazało niepotrzebnie) i dotarliśmy na miejsce spacerem. Po drodze obszczekały nas nieprzyjemnie wyglądające psy, które wybiegły zza zabudowań jakiejś farmy. Po chwili dotarliśmy na miejsce. W pobliżu było nieczynne pole kempingowe i kilka domków letniskowych, a także zamknięta na zimę kawiarnia, toalety i przebieralnia na powietrzu. Temperatura wody osiągała cudowne 43 stopnie. Kąpiel tak przyjemnie rozgrzewała, że idąc śladem localsa, którego zastaliśmy na miejscu, dla wyrównania intensywności bodźców położyliśmy się nago na śniegu. El nawet weszła do morza.

Po kąpieli udało nam się wrócić z poznanym w wodzie Islandczykiem na stopa, a w drodze dowiedzieliśmy się, że to Niemiec, który na Islandię przeniósł się za dziewczyną, i który zna naszego landlorda, co ponoć nie jest niczym niezwykłym, bo na Islandii wszyscy się znają, a większość ludzi jest też spokrewniona. Droga powrotna minęła nam w błogim poczuciu rozluźnienia.

W nocy z dachu z wielkim hukiem zjechała 30-centymetrowej grubości warstwa śniegu.

Reklamy