Islandia, dzień 4

Kolejny dzien jeżdżenia po Islandii. Umówiliśmy się na wczesną pobudkę i ruszyliśmy na wschód. Przez Ólafsfjörður (miejscowość oddaloną od naszej w linii prostej o 10 km, ale drogowo o 240, przynajmniej do czasu, kiedy wydrążono trzy tunele pod górami o łącznej długości kilkunastu km) i Akureyri – drugie pod względem ilości mieszkańców po Reykiaviku miasto na wyspie z imponującą liczbą 18 tys. mieszkańców. Naszym celem był wodospad Goðafoss. Miejsce, gdzie według legendy Thorgeir Thorkelsson (w oryginale Þorgeir Ljósvetningagoði Þorkelsson), naczelny prawnik i kapłan Islandii X wieku wrzucił w odmęty posągi pogańskich bogów nordyckich po przyjęciu na Althingu, że kraj przechodzi na chrześcijaństwo. Wodospad bogów, bo tak tłumaczy się jego nazwę, jest jednym z największych i najpiękniejszych na całej wyspie.

Następnie pojechaliśmy w miejsce rozpoznawalne przez miłośników ciężkiego grania. Dimmuborgir („Mroczna Forteca”, serio, nie zmyślam), to grupa czarnych jak dno piekła wulkanicznych formacji skalnych, od której nazwę zapożyczyła norweska kapela metalowa. Zajmuje ona obszar polożony na wschód od jeziora Myvatn, w pobliżu krateru Hverfjall. Cała okolica jeziora jest silnie aktywna tektonicznie. Dimmuborgir tworzy plątaninę ścieżek i ślepych odnóg zewsząd otoczoną czarnymi wieżami z granitu i bazaltu. Wygląda to wszystko faktycznie dość strasznie. Dla kontrastu Islandczycy wierzą, że miejsce to zamieszkują skrzaty pełniące funkcje analogiczną do tej, którą popkultura przypisuje Świętemu Mikołajowi.

Z metalowego piekła pojechaliśmy do jaskini miłości. Konkretnie do Grjótagjá, w której John Snow uprawiał miłość z Ygritte w którymś tam sezonie Game of Thrones. Sorry za spoiler, ale to w sumie jakiś stary odcinek. W serialu w istocie uwiecznione zostało wejście do groty i jego najbliższe otoczenie, bo piękne malownicze wnętrze, w którym sam akt się dokonał, zostało zbudowane z kartonu w studiu filmowym w Belgii. Nie przeszkadza to jednak nikomu reklamować jaskini, jako tej, która grała w serialu i w której zdeflorowano Snowa. W jaskini było gorące źródło, a wejście odbywało się w doł po stromej i śliskiej ściance zbudowanej z głazów i śniegu. Na szczęście niezbyt głęboko. Na miejscu ćwiczyliśmy fotografię długotrwałej ekspozycji z całkiem zadowalającym efektem.

Następnie ruszyliśmy na obszar geotermalny Hverir, który dymił, parował, bulgotał i sromotnie śmierdział. Wokół pełno było siarki i miękkiego (pomimo panującej w okolicy ujemnej temperatury), żółtego błota. Największe wrażenie robiły kominy, z których pod dużym ciśnieniem z wnętrza ziemi wydobywały się kłęby pary o temperaturze prawie 200 stopni. Zwieńczone były stertami kamieni, które wyglądały jak mogiły. Dymiące i świszczące kurhany. Albo jak płonące szyby naftowe Iraku podczas operacji „Pustynna Burza”. Z białą parą zamiast czarnego dymu i otoczone lodem, a nie piaskiem. Nieważne. Fajne to było.

Tego dnia wykryliśmy też kilka ciekawostek o Islandii. Pierwsza jest taka, że w Akureyri są światła na skrzyżowaniach (od opuszczenia Reykiaviku nie widzieliśmy żadnych), w których światło czerwone ma kształt serduszka. Fotoradary pokazują na wyświetlazach wesołego emotikona, kiedy jedziesz poniżej dopuszczalenej prędkości i smutnego, gdy przekraczasz, a Nawigacja Google pokazując dane na temat natężenia ruchu na drodze zmieniła oznaczenie z niebieskiego „brak” na pomarańczowe „średnie”, gdy na drodze poza nami pojawiły się jeszcze 2 samochody. Zauważyliśmy też, że podobnie jak na Bornholmie, w miastach nie widać reklamowej tandety. Billboardów, plakatów, telebimów i podobnego badziewia właściwie tu nie ma. Skandynawowie (według niektórych klasyfikacji grupa ta obejmuje Islandczyków) mają widocznie większy szacunek dla przestrzeni wspólnej, niż Polacy.

Zmęczeni całodzienną wyprawą, wróciliśmy do naszego Siglo na nocleg.

Reklamy