Islandia, dzień 5

Dziś było polarnie. Lód, śnieg, niskie, odległe słońce. Piękne krajobrazy, piękne światło do zdjęć. Droga wypadła nam w znacznej części tą samą trasą, co wczoraj, więc skorzystaliśmy z okazji i zatrzymaliśmy się po przeciwnej stronie Goðafoss, która okazała się być wielokrotnie ładniejsza i bardziej fotogeniczna oraz przy śmierdzących kominach Hveriru.

Przygoda zaczęła się jednak chwilę później, kiedy zjechaliśmy z asfaltowej drogi w szutrówkę prowadzącą do wodospadu Dettifoss – potężnego potwora, przez którego przelewa się prawie 200 m3 wody na sekundę. Do samego wodospadu można dojechać dwiema drogami biegnącymi równolegle wzdłuż rzeki. Wschodnia była zamknięta i nieprzejezdna. Przed zachodnią stał znak ostrzegając, że „if you drive past this barrier and problems occur, assistance may entail substantial expenses„. Ruszyliśmy przed siebie trochę z duszą na ramieniu. Samochód parł powoli wydrążonymi w śniegu koleinami i od czasu do czasu szorował podwoziem gdy brakowało prześwitu. Droga łagodnie pięła się w gorę, a śniegu przybywało. Do przejechania w ten sposób było około 30 km. Pod koniec drogi, na szczycie podjazdu, wypatrzyliśmy zakopany w śniegu jadący z przeciwka samochód. Jechał, cofał, kręcił się i nie mógł wyjechać. Zanim jednak zdążyliśmy dotrzeć z pomocą, wygrzebał się i powstała konieczność minięcia się dwóch pojazdów. Przy okazji wypytaliśmy jadącą w nim parę o warunki drogowe. I wtedy zaczęły się kłopoty. Na lodzie koła straciły przyczepność, napęd 4×4 się przegrzał i samochód kręcił nimi w miejscu. Pod wzniesienie nie dało się już podjechać. Po rozważeniu sytuacji cofnęliśmy się. Jutro spróbujemy wjechać od północy.

W drodze powrotnej wykluł się natomiast pomysł, żeby odbyć nocną kąpiel w znanym nam już gorącym źródle nad morzem. W hostelu spędziliśmy około godziny. Szybki obiad, przepakowanie i już pędziliśmy do Grettislaug. Na miejscu byliśmy sami. Było zimno i bezchmurnie. Księżyc świecił jak szalony, gwiazdy błyskały, a woda w źródle była gorąca. Czas na relaks.

Reklamy