Islandia, dzień 6

Do czterech razy sztuka. Postanowiliśmy zrobić jeszcze jedno podejście do wodospadu Dettifoss. Tym razem od północy. Podobnie jak wczoraj, mieliśmy do dyspozycji dwie drogi biegnące równolegle do rzeki. Mimo trwających do późna nocnych manewrów, w toku których, jak się później okazało, zgubiłem kąpielówki, wstaliśmy wcześnie i po szybkiej porcji warm musha byliśmy w drodze.

Na Islandii wszędzie jest daleko. Każda nasza wyprawa oznaczała kilka godzin w samochodzie, ale innej opcji nie wykryliśmy. Tym razem nie zbliżyliśmy się do jeziora Myvatn. Wybraliśmy wijącą się drogę północną, która biegła brzegiem morza. Niestety wielorybów nie było. Nie ich pora roku. Przypływają w te rejony wiosną, na żer, kiedy okoliczne wody zaczynają roić się od planktonu. Rejsy pod hasłem „whale watching” reklamowane są w każdym tutejszym porcie. Nie wypatrzyłem też niestety, pomimo błąkania się przez chwilę po klifach żadnego maskonura. Również nie ta pora roku. Szkoda, bo to przezabawne zwierzęta.

Podróż mijała zatem głównie pod znakiem zapierających dech w piersiach, ale trochę już opatrzonych krajobrazów. Specyfika jeżdżenia po Islandii zimą jest taka, że słońce wisi tu bardzo nisko nad horyzontem. Dzień trwa przez to jedynie około 5 godzin, z czego znaczna część to wywołana chmurami szaruga. Czasem, gdy nie ma chmur, słońce oblewa płaską powierzchnię tej skutej lodem i pokrytej śniegiem bezdrzewnej pustyni, ale jego promienie padają pod nieznacznym kątem. Trudno poznać na oko, czy słońce jeszcze wschodzi, czy już zachodzi. Całość przywodzi na myśl rejony arktyczne. Kolory są przez to jedyne w swoim rodzaju, a światłomierze w aparatach głupieją.

Na miejscu okazało się, że obie drogi północne są zamknięte. Śnieg był głęboki i widać było, że nic nie zdziałamy. Rzuciliśmy szybko okiem na kanion Ásbyrgi i przespacerowaliśmy się po czarnej, wulkanicznej plaży w pobliżu osady wielorybniczej Husavik, a następnie wróciliśmy na noc do Siglofjordhur.

To była ostatnia taka wyprawa. Jutro regenerujemy siły przed wielogodzinnym powrotem do Warszawy.

Reklamy