Islandia, dzień 7

Dziś postanowiliśmy się wyspać. Skutek tego był taki, że zamiast o zwyczajowej już 8, zwlokłem się z łóżka o 11. Wciąż grubo przed wschodem słońca. Każdy robił co chciał. Na nic się nie umawialiśmy. W ruch poszły fejsbuki, netflixy i vifony. Odbyliśmy z El niespieszny spacer wokół Siglo dla odetchnięcia świeżym powietrzem, a wieczorem były filmy z bogatej biblioteki hostelu zakupione pewnie hurtem na wyprzedaży z jakiejś wypożyczalni.

Próbowaliśmy też lokalnego piwa, nabytego w miejscowym Vínbúðin. Z alkoholem na Islandii jest w ogóle dziwna historia. Na początku XX wieku, idąc śladem USA, zdelegalizowano go tu całkowicie wprowadzając prohibicję. Zakaz zupełny utrzymał się jednak tylko do 1921 roku, kiedy to na skutek bojkotu importu islandzkich ryb prze Hiszpanię, której przeszkadzało, że nie może bilansować go eksportem swojego wina, ten właśnie runek został objęty wyjątkiem. W 1935 roku uchylono zakaz w stosunku do pozostałych alkoholi. Nielegalne pozostało natomiast aż do 1989 roku piwo o zawartości alkoholu powyżej 2,25%. Regulacja taka miała być ustępstwem wobec środowisk konserwatywnych, które uważały, że tani i łatwo dostępny alkohol jest źródłem wszelkiego zła. Pomysłowi islandzcy barmani radzili sobie z sytuacją, w ten sposób, że do legalnego słabego piwa zaczęli wlewać legalną mocną wódkę otrzymując piwopodobnego drinka. Ot, przedsiębiorczość. Do dziś jednak alkohol można nabyć tu jedynie w państwowych sklepach porozmieszczanych rzadko, otwartych krótko i zaopatrzonych raczej skromnie. Sytuację ratuje fakt, że do swojego lokalnego Vínbúðina można zamówić dostawę z szerokiej oferty online, ale piwa i tak widziałem tylko 0,33 l. Specyficzne jest w tym kontekście także rozumienie pojęcia lokalności. Zapytana o miejscowe piwa (na myśli miałem piwa islandzkie), pani ekspedientka, spośród kilkunastu widocznych rodzajów wskazała dwa pochodzące bezpośrednio z Siglofjordhur. Pozostałe okazały się być tworami browarów jak najbardziej islandzkich, ale położonych kilkadziesiąt kilometrów dalej. Nie wiem, czy to przypadek, ale jeśli nie, to sytuacja pięknie wpisuje się w romantyczne wyobrażenie o odosobnionych, samowystarczalnych, niezależnych i samodzielnych osadach dalekiej północy, gdzie wszyscy wszystko mają swoje i niczego nie potrzebują z zewnątrz.

Z innych ciekawostek, które tu zaobserwowałem, nie sposób nie wspomnieć o światełkach. We wszystkich osadach, przez które przejeżdżaliśmy nie było ani jednego zamieszkałego domu (zdarzają się tu domy opuszczone), który nie byłby ozdobiony kolorowymi, świątecznymi lampkami. Nie było w tym jednak o dziwo żadnego kiczu ani przesady. Lampek było akurat tyle, żeby było uroczo, ale nigdy tyle żeby zalatywałosztucznością i plastikiem. Poza podświetlonymi domami były też świecące cmentarze. W pobliżu osad, przez które przejeżdżaliśmy znajdowały się małe cmentarze, na których prawie wszystkie krzyże miały lampki i świeciły w nocy. Nie są to może Powązki w zaduszki, ale wyglądało to ciekawie ponieważ krzyże były jednego typu i przez to zachowywały spójność. Nie było tam pstrokacizny. Dodatkowo, na zboczu góry nad daną miejscowością świecił się ułożony z żarówek „2018”. Data zmieniła się oczywiście z „2017” o północy w sylwestra. Takie i inne rozkminy towarzyszyły mi tego leniwego dnia. Przed zaśnięciem posprzątaliśmy po sobie i spakowaliśmy się. Jutro przed nami długa droga.

W nocy zaczął padać śnieg.

Reklamy