Przemarznięty rejs, dzień 2

Noc minęła szybko i bez kłopotów. Uwielbiam spać na wodzie. Nigdzie nie zasypia się tak przyjemnie, jak na kołyszącym się spokojnie jachcie. Jednostki morskie są z zasady ogrzewane, ale i tak chwała niech będzie El, za to, że nalegała na kupienie na ten sezon śpiworów przystosowanych do spania w temperaturach poniżej zera. Nie musiałem się ubierać do spania, nie zmarzłem, było mi ciepło, a czasem może nawet gorąco. Coś pięknego.

IMG_1623

Plan zakładał wypłynięcie o 7. Wyszła z tego niechlubna 09:30 ze śniadaniem na wodzie. Łukasz i Dominik wyprowadzili jacht. Mateusz przygotował ze mną jajecznicę w garnku. Osoby niepływające często dziwi żeglarski zwyczaj gotowania wszystkiego w wysokich naczyniach, czy zalewania herbaty nie bardziej niż do dwóch trzecich wysokości kubka, ale wątpliwości rozwiewają im się w chwilę po minięciu główek portu. Na morzu jachtem buja. Jacht się kołysze, skacze i pokłada na fali. Stanie czy poruszanie się w takich warunkach pod pokładem wymaga pewnej wprawy. Gotowanie i operowanie wrzątkiem wymaga wprawy szczególnej, a czasem, na przykład podczas sztormu, bywa zupełnie niemożliwe. Nam poszło sprawnie. Krótko po wypłynięciu spożyliśmy wszyscy razem „śniadanie na autopilocie”.

IMG_1379

Po śniadaniu przyszedł czas na prace bosmańskie. Jesteśmy pierwszymi użytkownikami tego jachtu w bieżącym sezonie. Przed naszym przyjazdem stał na lądzie i czekał. Okazało się, żę jedna z listw usztywniających główny żagiel wysuwa się ze swojej kieszeni grożąc wypadnięciem. Żagiel trzeba było zwinąć do masztu, a listwę wepchnąć z powrotem lub usunąć i zabezpieczyć. W tym celu ktoś musiał zostać przez pozostałych wciągnięty na ławeczce bosmańskiej na maszt. Niezbyt wysoko, ale na kołyszącym morzu takie prace zawsze są niebezpieczne. Do zadania zgłosił się Mateusz, ale zanim zdążył wyruszyć, listwa wysunęła się i poleciała na pokład. Na szczęście złapaliśmy ją z Łukaszem. Wciąganie ławeczki poszło sprawnie, Mateusz naprawił usterkę i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Kierunek Łeba.

IMG_1385

Po południu przyszła pora na lunch. W tym celu chłopaki odpalili jachtowy piekarnik, do którego trafiły bagietki z masłem czosnkowym. Do tego każdy dostał kubek barszczu i na chwilę nawet zrobiło się jakby cieplej. Na lądzie jest teraz jakieś 25 stopni, ale nasz jachtowy termometr wskazuje 4. Uwzględniając chłodzenie wiatrem można przyjąć, okolice zera. Nie jest więc tak, że jestem przewrażliwiony. Do tego późnym popołudniem doszła mgła, która ogranicza widoczność do jakichś 50 metrów i skrapla się na pokładzie.

IMG_E1396

Nawigowanie we mgle siłą rzeczy ograniczyło się do elektroniki. Wywołany przez radio kapitanat portu potwierdził nam wejście, ale samych główek falochronu nigdzie nie było widać. Po chwili z mgły wyłoniły się ciemne kształty, które wyznaczyły drogę. Dotarliśmy.

Tym razem cumowanie poszło sprawnie. Marina w Łebie jest schowana w kanale portowym i osłonięta od morza. Nie wieje tam ani nie faluje, a na kei czekał bosman ze wskazówkami, gdzie możemy podejść. Prawie jak Chorwacja. Sam obiekt również zrobił dobre wrażenie. Po szybkiej kolacji w najbliższej otwartej pizzerii zaatakowaliśmy prysznice, które, odmiennie niż we Władysławowie, działały i były niezamknięte na klucz. Wygrzani w gorącej wodzie poprawiło morale całej załogi. Szkoda tylko, że te kabiny dziwnie się bujały. Choroba lądowa tak szybko? Podejrzane.

IMG_1399

W Łebie nie zagrzejemy miejsca zbyt długo. To punkt zwrotny naszego rejsu, z którego rozpoczynamy drogę powrotną. Kolejnym etapem będzie quasi-nocny przelot do Gdańska. Start o 4 rano. Półtorej godziny przed wschodem słońca.

Reklamy