Przemarznięty rejs, dzień 3

Wylosowaliśmy z Łukaszem dłuższe słomki. Metaforycznie, ale sęk w tym, że dla nas, w przeciwieństwie do Mateusza i Dominika, dzień zaczął się nie przed 4 rano, tylko o 09:30. Chłopaki ruszając po ciemku opuścili Łebę nieomal bezszelestnie, chociaż obaj z Łukaszem i tak się obudziliśmy kiedy jacht zaczął odbijać od kei. Taki żeglarski instynkt, który działa, kiedy łódź zmienia położenie, w czasie, gdy żeglarz śpi. Każdemu zdarza się budzić się w środku nocy, wyłazić na pokład i sprawdzać, czy cumy trzymają, czy wiatr się nie zmienił i czy jego pływający dom jest bezpieczny. Nasz był w dobrych rękach. Zanim wstaliśmy chłopaki dopłynęli aż pod Władysławowo. Od rana panowała flauta, więc rejs był motorowodny. Dzielny diesel volvo penta burczał, wibrował i pchał nas w stronę Trójmiasta. Wygrzebawszy się z koi rozpoczęliśmy dzień śniadaniem (bezpośrednio po którym chłopaki z porannej wachty zjedli obiad – byli już na nogach od prawie 8 godzin), później cała załoga, jak jeden mąż siadła do kompów i zaczęła pracować. Dominik obrabiał filmy, ja pisałem, Łukasz czytał, Mateusz konferował z klientem przez telefon, z pełną powagą wyrzucając z siebie profesjonalnie brzmiące „I’m sailing right now, so we may experience some bad reception„.

IMG_1406

W południe coś powiało. Ciepłe, suche i w pasie w pobliżu lądu… bryza! Szybka powtórka z geografii ze szkoły podstawowej: wiatr to ruch powietrza wynikający z różnicy ciśnień między masą cieplejszą i zimniejszą. Różnicę ciśnień wywołuje różnica w temperaturze. Za dnia ciepłe powietrze, ogrzane szybciej nagrzewającym się od promieni słonecznych lądem unosi się i zasysa pod siebie zimniejsze powietrze znad chłodnego morza. Po schłodzeniu się nad morzem, opada i wypycha znajdujące się tam powietrze w stronę lądu. Nocą kierunek się odwraca. Niesieni rzeczoną bryzą halsowaliśmy sobie wzdłuż półwyspu helskiego aż do wysokości samego Helu. Halsówkę wymusiło to, że jak zwykle wiało z kierunku, w którym zmierzaliśmy. To już wręcz nieprzyzwoite, zważywszy na to, że przez dwa poprzednie dni, kiedy płynęliśmy w przeciwną stronę także wiało w twarz. Wiatr odkręcił złośliwie razem z nami. Na krańcu cypla na chwilę zgasł, ale później trzymał się dzielnie umożliwiając nam dojście na jednym halsie prawie do Sopotu. Plus sytuacji był taki, że wykryliśmy w jej toku, że zamiast robić zwroty własnymi rękami, jak jacyś ludzie pierwotni, możemy nacisnąć przycisk na konsoli naszego nieocenionego autopilota, który przeprowadzi elegancki manewr o zaprogramowany wcześniej kąt. Szczyt lenistwa, ale też wielka wygoda. W ogóle autopilot sprawdził się na tym rejsie genialnie. Pozwolił ograniczyć marznięcie i nużące sterczenie za sterem podczas przelotów na silniku, ułatwił manewrowanie i w ogóle usprawnił obsługę jachtu.

IMG_1412

Po drodze usiadła nam na jachcie zagubiona i oddalona od lądu sikorka. Wyglądała na wymęczoną długim lotem więc daliśmy jej odpocząć w spokoju na salingu.

IMG_1409

W tym czasie, Łukasz, jak przystało na rasowego pirata, niepostrzeżenie dla reszty załogi rozpracował butelkę whisky. Kiedy zauważyliśmy, że spowolniła mu motoryka, skipper zarządził zapakowanie pirata w kamizelkę ratunkową i przypięcie pasem do któregoś ze stałych elementów konstrukcji jachtu. Po kilku komentarzach na temat życia psa na uwięzi i znaczenia profilaktyki dla zachowania bezpieczeństwa Łukasz zasnął na burcie i odpoczywał.

Na tym odcinku pogoda wyraźnie dopisała. W pobliżu lądu zrobiło się ciepło i przyjemnie. Podchodząc późnym popołudniem do mariny na sopockim molo minęliśmy trening katamaranów i windsurferów sopockiego klubu żeglarskiego. Nad mariną latał sobie wiatrakowiec. Piękny widok. Jak z pocztówki. W marinie zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby oddać na ląd Mateusza (który miał akurat tyle czasu, żeby doprowadzić się do porządku przed ważnym spotkaniem biznesowym, po którym miał odespać, przed zaplanowanym na sobotę rano startem w Runmageddonie) i podjąć naszych dzisiejszych gości – Tomasza i Adelę. Po tej wymianie ruszyliśmy do Gdańska.

IMG_E1473

IMG_1457

Wiatr tym razem sprzyjał, i przed wejściem do portu pomanewrowaliśmy sobie trochę na wysokości plaży w Brzeźnie. Dla porządku namówiłem resztę na wykonanie pierwszego i w zasadzie jedynego w toku tego rejsu, a także pierwszego w tym sezonie zwrotu przez rufę. Adela jako osoba nieżeglująca uznała, że manewr nie był szczególnie emocjonujący, ale po wyjaśnieniu, że prawidłowo przeprowadzona rufa przebiega łagodnie, doceniła kunszt załogi.

Kończąc tę chwilę zabawy zrzuciliśmy żagle i skierowaliśmy się do portu gdańskiego. Po piętach deptał nam od wejścia masowiec Grupy Azoty, ale uznawszy, że nie spieszy nam się jakoś szczególnie, spłynęliśmy mu z drogi i zajęliśmy się podziwianiem portu.

IMG_1483

Uwielbiam wchodzić z morza do Gdańska. Najpierw mija się Westerplatte (gdzie żeglarski obyczaj nakazuje zasalutować banderą, czyli opuścić ją do połowy wysokości drzewca, na którym jest zawieszona), później budynek kapitanatu i latarnię w Nowym Porcie. Dalej jest dziś już opuszczony piękny, zabytkowy budynek dawnej poczty morskiej i Twierdza Wisłoujście, pozostałość po promie przez Martwą Wisłę, który kursował w tym rejonie zanim otwarto tunel pod dnem kanału i wreszcie zabudowania portu i Stoczni Gdańskiej.

IMG_1485IMG_1509

Port i stocznia, to zupełnie osobna historia. Pracują tam żurawie, suwnice i ciężki sprzęt, widać silosy i terminale do przeładunku towarów masowych, statki stoją w suchych dokach, wszędzie słychać hałas towarzyszący pracy w tym wyjątkowym miejscu, a nocą klimatu dodaje fakt, że wszystko jest tam oświetlone. Od strony kanału Martwej Wisły widok jest jedyny w swoim rodzaju.

IMG_1534IMG_1546IMG_1578

Przepłynąwszy przez port minęliśmy Polski Hak i otworzyło się przed nami gdańskie stare miasto. No może jeszcze nie do końca otworzyło. Drogę blokowała zbudowana niedawno ruchoma piesza kładka, która była akurat zamknięta. Przez VHF’kę ustaliłem, że otwarta zostanie dopiero za godzinę. Wesołości konwersacji dodawał fakt, że na tym samym kanale, ktoś urządził sobie kanał roboczy do manewrowania i ani myślał go zwolnić. Odpoczynek w kanale Motławy, gdzie stanęliśmy czekając na otwarcie drogi, umilała nam trzeszcząca z głośnika konwersacja Józka i Zdzicha, którzy klęli nie mogąc znaleźć jakiejś boi i zachęcali się nawzajem do manewrowania na ślepo.

IMG_1581

W tym czasie wyszło na jaw, że Tomasz również okazał się być piratem i zmęczony przysypiał w kokpicie.

Odkąd postawiono kładkę, wyspa Ołowianka wyładniała i ożyła. Można tam spacerować, szybko i wygodnie dostać się do hotelu, restauracji, Filharmonii Bałtyckiej czy Muzeum Morskiego lub po prostu posiedzieć i pogapić się na wodę. Problem z kładką jest jednak taki, że utrudnia drogę jednostką pływającym i zmusza je do czekania na otwarcie. W końcu, o 22 kładka została uniesiona i zakończywszy lansy mogliśmy udać się do mariny gdańskiej, gdzie stanęliśmy na noc. Obok nas cumowały duże motorówki z podświetlonym dnem, wyglądające jak pływające kluby go-go. Pasażerowie też jakby wpisywali się w tę estetykę.

IMG_1587

Po pobieżnym sklarowaniu jachtu i szybkiej kolacji położyliśmy się spać. Jutro pobudka o 4 rano, tak żeby wyjść z mariny przed 5 i zdążyć oddać łódkę w Gdyni o umówionej z charterownią 9. Kładka została dogadana na otwarcie na telefon. Mam tylko nadzieję, że nas nie wstawili i ktoś odbierze.

Linki w tekście, jak wszystkie na blogu, nie są reklamami i warto w nie klikać w celach poznawczych.

Reklamy