Kampinos Thru-Hike, 50 km w 12 h

Przez całą szerokość puszczy kampinoskiej prowadzi pewien szlak. Czerwony. Liczy sobie z górką 50 km i biegnie z Wilczych Tułowskiech do Dziekanowa Leśnego. Lub odwrotnie. To bez znaczenia. Istotne jest natomiast to, że taki dystans da się pokonać w jeden dzień, co czyni sam szlak świetnym pomysłem na weekendowy spacer po lesie. Postanowiliśmy spróbować.

Mój pośpieszny, sobotni powrót z rejsu wynikał właśnie z tego, że umówiłem się z El na wędrówkę i z Maćkiem na usługę transportową o nietypowej porze. W niedzielę budziki miały zawyć przed 6, ale jakoś tak wyszło, że nikt nie zauważył, że w ich ustawieniach weekendy objęte są wyjątkiem. Mnogość możliwości nowoczesnej technologii przegrała z ludzkim roztargnieniem. Nie pierwszy raz. Na szczęście obudziliśmy się sami. O 06:30 byliśmy u Maćka, który odwiózł nas na północno-zachodni skraj puszczy, życzył powodzenia i obiecał odebrać na przeciwległym końcu lub ewentualnie zabrać z trasy. Po chwili zostaliśmy sami w lesie.

Planowaliśmy wędrować w tempie nie szybszym niż 5 km/h i robić 15 minutowe postoje z jedzeniem co 10 km. Na sytuacje awaryjne przewidzieliśmy dodatkową godzinę i umówiliśmy się na odbiór o po 19.

Marsz szedł sprawnie. Pierwszych 10 km trasy znaliśmy już z poprzedniego wypadu do puszczy. Słońce wznosiło się nad horyzont. Robiło się cieplej. Las tętnił życiem. Spod nóg uciekały jaszczurki, nad głowami latały żółte motyle. W miarę zagłębiania się w puszczę zmieniał się krajobraz. Las raz gęstniał, innym razem się przerzedzał, by czasem całkiem ustąpić miejsca polanom. Teren płaski przechodził w pofałdowany. Czarna gleba i bagna zmieniały się w piasek kojarzący się z porośniętymi sosnami wydmami na wybrzeżu Bałtyku. Dominujące w danym rejonie gatunki drzew, w innych prawie nie występowały. Okazało się, że puszcza jest bardzo zróżnicowana.

Innym odkryciem wyprawy było to, że w wykarczowanych obszarach w środku Kampinosu istnieją małe, ale zamieszkałe wioski i funkcjonują ludzie. Praktycznym spostrzeżeniem okazało się natomiast to, że doskonałe skutki regeneracyjne podczas postoju zapewnia zdjęcie butów i skarpet i pochodzenie boso po trawie. Podczas kolejnej wyprawy uratowało nam to życie. Wędrowaliśmy po lasach i łąkach. Kijki miarowo stukały o nawierzchnię. Czas mijał. Krótko po południu byliśmy w połowie drogi. Minęliśmy sosnę powstańczą i zmierzaliśmy w stronę Palmir. Zrobiło się popołudnie, a temperatura spadła.

Kryzys przyszedł po 40 kilometrze. Tempo spadło, zrobiło się zimno, nogi zaczęły boleć. Ponapinały mi się dziwne, nie używane intensywnie na codzień mięśnie. Człapaliśmy powoli wspierając się nawzajem i wypatrując końca szlaku. Umówiona z Maćkiem 19 nadeszła i minęła. Szliśmy groblą pomiędzy jakimiś stawami, kiedy minęła 19:30 – pora znacząca dwunastą godzinę naszej wędrówki. Czułem się fatalnie. Pomimo uzupełnianych w drodze kalorii brakowało mi paliwa. Później ustaliłem, że w toku całego marszu spaliliśmy po ponad 3,6 tys. kcal – takiego wydatku energetycznego nie uzupełni czekolada czy kanapki jedzone po drodze. Wreszcie wyszliśmy na ostatnią prostą. W oddali zamajaczył szlaban znaczący wjazd do lasu. Za nim była pętla autobusowa przy szpitalu dziecięcym w Dziekanowie Leśnym i parking, na którym czekał nasz transport. Przywitawszy się i podziękowawszy za cierpliwość wtoczyliśmy się do samochodu i o 19:45 ruszyliśmy do domu. Marsz zajął nam 12 godzin i kwadrans. Przeszliśmy ponad 50 km.

Nagrodą za wyczyn sportowy był długi prysznic, wegańskie burgery z frytkami, cloeslawem i zimnym piwem. Zasnąłem przed 21. W nocy obudziły mnie dreszcze i zimny pot na całym ciele. Dziwna reakcja. Prysznic i zmiana pościeli załatwiły sprawę. Przez kilka dni czułem jeszcze dyskomfort wokół kolan, ale innych objawów nie odnotowałem. Dobrze, bo za niecały tydzień zaczynamy poważniejszą wyprawę.

Kampinoski Park Narodowy polecam wszystkim entuzjastom spacerów.

Reklamy