Szlakiem Orlich Gniazd, dzień 2

El jak zwykle wstała ze słońcem, a ja jak zwykle się przy tym obudziłem, ale postanowiłem nie dać się zwariować i spróbowałem coś jeszcze dospać. Po jakims czasie z drugiego namiotu dało się usłyszeć, że ktoś odzyskał przytomność i wkrótce wszyscy siedzieliśmy nad śniadaniem. Słońce świeciło, zapowiadał się ładny dzień. W trakcie zwijania namiotów Piotr złapał jaszczurkę zwinkęchrabąszcza majowego. Kiedy mieszka się pod namiotem na łące, to przyroda wpycha się dosłownie wszędzie. Czasem to trochę kłopotliwe, szczególnie, że zapomnieliśmy odstraszacza komarów.

Około 09:30 byliśmy już w drodze, ale szybko okazało się, że awaria Piotra uniemożliwia mu dalszą wędrówkę. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Paulina i Piotr mieli podjechać busem do miejscowości, przez którą droga miała nam wypać pojutrze i odpocząć. El i ja kontynuowaliśmy marsz sami.

Przeszliśmy przez Góry Skole. Przyjżeliśmy się z dystansu kapliczce św. Idziego i zatrzymaliśmy się we wsi Zrębice. Było gorąco jak w piekle. Dokupiliśmy wody i zjedliśmy lody. Porzmawialiśmy też przez chwilę z localsami o chodzeniu pieszo, pielgrzymkach i tutejszym klimacie. Sympatyczni ludzie. Dalsza droga wypadła nam skrejem lasów, przez pola i łąki. Słońce prażyło niemiłosiernie. Resztką sił doczłapaliśmy się do słynącego na całą okolicę smacznym pstrągiem Złotego Potoku. Wzdłuż wioski ciągną się stawy, hodowlane, a na ich końcu jest park i zgrupowanie lokalnej gastronomi nad brzegiem. Udało nam sie zjeść, napić, posiedzieć w pobliżu stawu i podjąć temat pójścia nad brzeg w celu zmoczenia zmęczonych nóg, kiedy z nieba spadła ściana wody. Ulewa wypłoszyła z plaży tłum ludzi, którzy przybiegli schować się pod dachem. Chowali się spacerowicze i rowerzyści uciekający z parku, a niebo grzmiało, błyskało i sprawiało groźne wrażenie. Po bijących w pobliżu piorunach przyszła pora na gradobicie. Deszcz i lód momentalnie obniżyły emperaturę powietrza, ale całe zamieszanie nie trwało dłużej niż pół godiny. Po chwili było już po wszystkim. Opuściliśmy Złoty Potok obserwując po drodze jak parująca w lesie woda tworzy cos na kształt mgły.

IMG_1751

IMG_1755

Dalsza droga wypadła nam już w nieco chłodniejszych okolicznościach przez rezerwat Parkowe, obok Jaskini Niedźwiedzia, Diabelskich Mostów i Jaskini Ostrężnik, nad którą znajdował się nasz dzisiejszy cel – ruiny Zamku Ostrężnik. Ostrężnik to faktycznie tylko ruiny. Na szczycie wzgórza zachował się zarys murów i niewielkich zabudowań, w tym wieży. Jest ciekawy głównie ze względu na swoją tajemniczość – w przeciwieństwie do większości warowni w tym regionie, nie ma o nim mowy w żadnych zachowanych źródłach historycznych. Tak, jakby wymazano ślad po nim. Brak rzetelnych informacji to idealna pożywka dla pogłosek i legend. Dlatego o Ostrężniku mówi się, że był więzieniem i to takim, do którego trafiało się nie aby odbyć karę, ale po to żeby zostać zapomniamym. Nieco bardziej wiarygodne teorie podają, że jego budowa mogła zostać przerwana i nigdy nie dokończona.

IMG_1758

Po zejściu stromą ścieżką z ruin zamku wuszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Okazało się jednak, że w okolicy trudno i dwa metry kwadratowe płaskiej powierzchnim, na której daloby się postawić namiot. Po dłuższej chwili trafiliśmy na polanę z amboną myśliwską. Miejsce było ładne, choć budziło pewien niepokój, ale bylśmy już tak zmęczeni, że postanowiliśmy nie błąkać się dalej. Komary cięły jak szalone, więc stawianie namiotu zajęło nam dosłownie dwie minuty. Kiedy nasz przenośny dom był już gotowy, schowaliśmy się i zamknęliśmy od środka. Wkrótce przyroda oblazła tropik, ale po jakimś czasie bzyczenie ustało i dało się wyjść na łąkę i przyjrzeć okolicy. Przebraliśmy się w obozowo-nocny zestaw ciuchów, odbyliśmy tissue bath, spożyliśmy przewidzine na wieczorny posiłek Vifony i położyliśmy się.

IMG_1759

Przez polanę przechodzili jeszcze jacś wędrowcy z plecakami, ale nie rozbili się tu. Zbliżała się noc, a my zostaliśmy sami we dwójkę w lesie. Po zapadnięciu zmroku przyroda oszalała. Dało się słyszeć kruki, bażanty, chyba jelenia i cholera wie co jeszcze. Trochę się bałem, że zwierzęta wyczują coś do żarcia i podejdą do namiotu, ale nic takiego się nie stało. Na szczęście Polska to nie Stany, gdzie turyści stosują metalowe puszki do ochrony żywności przed niedźwiedziami.

W nocy zerwał się silny wiatr, a potem przyszła burza. Błyskawice biły bardzo blisko, rozświetlając ściany namiotu. Słuchałem tego nieamowitego spektaklu, gapiłem się przez okno z widokiem na polanę i las, ale w końcu zmęczenie przemogło i zasnąłem niespokojnym snem.

Reklamy