Szlakiem Orlich Gniazd, dzień 3

Przetrwaliśmy noc. Nic nas nie zjadło. Namiot wytrzymał burzę. Poprzedniego wieczora dotarła wiadomość, że z nogą Piotra jest źle i że wracają z Puliną do Warszawy. Zebraliśmy się szybko i o 7 nad ranem byliśmy już w drodze. Śniadanie zjemy w najbliższej wiosce, w której według googli jest jakś sklep. Źle spałem i bolał mnie brzuch. Po jaichś 2 kilometrach doczłapaliśmy do pobliskiego Trzebniowa. Sklep był i był otwarty. Śniadanie było pyszne i pożywne, a rozciągnięcie się na drewnianej ławce zniwelowało skutki niewygodnego spania i skórcz mięśni wokół jamy brzusznej odpuścił. Z nowo odkrytą energią i entuzjazmem ruszyliśmy w drogę.

IMG_1761

IMG_1762

Wychodzenie rano ma tę zaletę, że idzie się w chłodzie. Słońce nie męczy żarem. Powietrze jest lekkie i łatwiej oddychać. Po około półtorej godziny byliśmy już pod ruinami zamku w Mirowie, gdzie postanowiliśmy chwilę odpocząć i zaznajomić się bliżej z kupioną dzień wcześniej czekoladą. Sam zamek zdawał się być na wczesnych etapach renowacji – zabazpieczono elementy, które mogły by spadać ludziom na głowy, ale nie podjęto dalszych prac ani nie otwarto go do zwiedzania.

IMG_1577

Z Mirowa przez klasycznie jurajskie wapienne skały malownicza droga długości około 2 km wiodła do zamku w Bobolicach. Ten zamek wyglądał już zgoła odmiennie. Jest dostępny do zwiedzania i został w całości odnowiony przez braci Laseckich. Z tą odnową-rekonstrukcją wiąże się pewna kontrowersja. Otóż dokonano jej pomimo braku jakichkolwiek źródeł historycnych, które wskazywałyby jak należy to zrobić. Wikipedia podaje, że „odbudowa w kształcie przybliżonym do wyglądu zamku w XVI w., została zrealizowana pomimo braku jakichkolwiek planów, szkiców czy rysunków zamku; jego kształt odtworzono na podstawie zachowanych ruin, posiłkując się wiedzą historyków i archeologów. W pracach wykorzystywano wyłącznie tradycyjne materiały (głównie kamień wapienny), opracowano też specjalną zaprawę murarską„. Innymi słowy, była to bardziej oparta na przypuszczeniach konstrukcja, niz rekonstrukcja. Wiele osób zarzuca Bobolicom, że do zamek z Disneylandu, ale ja uważam, że nie jest tak źle. Ostatecznie, znaczna część odbudowanej po wojnie warszawskiej starówki, to również guess-work, co nie przeszkadzało wpisaniu jej na listę zabytków Unesco. Stylistycznie wcale nie razi, w krajobraz wkomponowuje się świetnie i ogólnie przyjemnie na niego patrzeć. Przynajmniej okiem laika. Zamku, jak każdego tutaj, dotyczy oczywiście legenda o białej damie pojawiającej się nocą na murach. Topos niewiernej żony, czy innej kochanki zamurowanej żywcem w lochu jest już jednak trochę oklepany, więc nie będę go powielał.

IMG_1774

IMG_1579

IMG_1584

IMG_1780

IMG_1784

IMG_1788

Około południa, po obejrzeniu Bobolic przyszła pora na pewne decyzje taktyczne. Postanowiliśmy zarzucić marsz i spróbować dostać się do Ogrodzieńca aby tam spędzić więcej czasu na zwiedzaniu i trochę odpocząć. Szybko okazało się, że Bobiloce to koniec świata, gdzie poza zamkiem nie ma nic. Mieścił się tam co prawda przystanek PKS, ale nie obsługiwała go żadna linia. Po chwili oczekiwania udało nam się złapać stopa, a był to stop nie byle jaki – wielka ciężarówka która przywiozła jakiś gruz i kamienie na budowę parkingu pod zamkiem. Sympatyczny, młody kierowca podwiózł nas do Mirowa, gdzie znaleźliśmy działający już tym razem przystanek i przystąpiliśmy do obmyślania planu, który obejmował dostanie się do Zawiercia, a stamtąd do Ogrodzieńca. Bezpośredniego połączenia nie znaleźlismy. Planu w tym kształcie nie dane nam było jednak zrealizować, ponieważ po kilku minutach czekania na autobus, połączonego z wystawianiem kciuka na stopa, zaczepiły nas pytając o drogę do Ogrodzienieckiego zamku dwie sympatyczne starsze panie w samochodzie na warszawsich numerach. Szybko przehandlowałem wskazanie drogi za podwiezienie i po chwili pędziliśmy we właściwą stronę wysłuchując historyjek o przygodach naszych towarzyszek związanych z nawigowaniem w tym rejonie. Pod zamkiem, podziękowawszy za pomoc, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Było z tym trochę zachodu, ale ostatecznie udało nam się znaleźć wolny pokój z łazienką. Zrobiliśmy szybkie pranie, zostawiliśmy plecaki i poszliśmy na obiad. Godzina oczekiwania na jedzenie w Karczmie Jurajskiej dzięki bardzo udanemu, miejscowemu piwu minęła szybko, a samo jedzenie było jak zwykle w takich miejscach całkiem smaczne, obfite i sycące.

Objedzeni wdrapaliśmy się alejką pełną plastikowej tandety (rejon przed zamkiem to całoroczny pstrokaty jarmark) na podzamcze i uzbrojeni w nabyte w kasie bilety weszliśmy na teren zamku. Ogrodzieniec jest naprawdę dużym i dobrze zachowanym obiektem (to największy zamek na Jurze, którego wieża ma aż 6 kondygnacji). Odbywają się tam rekonstrukcje i imprezy historyczne. Kręcono tam „Zemstę” (pod tym linkiem jest pysznie jadowita wypowiedź nie tyle o samym filmie, co o jego autorze, w skąd innąd świetnym serwisie „Zamki Polskie”) i „Janosika”. Trasa zwiedzania biegnie na kilku poziomach, pozwala poobserwować wspaniałą panoramę całego regionu i obfituje w informacje. Na pobliskich skałach można było zaobserwować alpinistów. Miejscowa legenda nie odstaje od jurajskiej klasyki – na zamku można ponoć nocą spotkać czarnego psa, będącego przeklętym duchem okrutnego władcy, który (między innymi) zamurował żywcem jedną ze swoich żon. Przypomnę o tym El, kiedy po raz kolejny będzie głośno myśleć na temat możliwości wydania się za właściciela zamku i zostania księżniczką. Miłosnikom makabry może się również spodobać mieszczące się w odosobnionej wieży małe muzeum malowniczo i dokładnie opisanych narzędzi tortur.

IMG_1793

IMG_1799

IMG_1796

IMG_1802

IMG_1811

IMG_1591

Wracając zrobiliśmy zakupy na śniadanie. W pensjonacie podładowaliśmy padające już urządzenia elektryczne, wzięliśmy po prysznicu na zapas i telefonicznie ustaliliśmy, że w Bydinie, do którego jutro zmierzamy, da się rozbić namiot i przenocować na polu namiotowym. Dziś jednak śpimy w łóżkach i pod dachem.

Reklamy