Szlakiem Orlich Gniazd, dzień 5

Zebraliśmy się szybko, korzystając z przerwy w deszczu. Dziś miało popadywać przez cały ranek, a może i po południu, więc każda chwila sprzyjającej pogody była cenna. O 07:20 byliśmy już w drodze. Zostawiliśmy Zacisze zbierajace się do śniadania i weszliśmy w las.

IMG_1904

Postanowiliśmy przyspieszyć nieco naszą wyprawę i dotrzeć dziś do oddalonego o 40 km Ojcowa, zahaczając po drodze o słyny zamek w Pieskowej Skale. Najpierw jednak przyszło nam zgubić drogę. Ot zwyczajnie. Wyszliśmy z lasu po srogiej wspinaczce w okolicy Jaroszowca, posililiśmy się lodami i postanowiliśmy, że zamiast wracać pod górę na szlak, przejdziemy przez wioskę na nieczynny dworzec kolejowy, w pobliżu którego szlak miał przecinać tory. Przecinał, tylko nie ten. Szybka konsultacja z tablicą informacyjną ujawniła, że czerwony szlak przeciął tory w innym miejscu, a przy dworcu biegnie jedynie zielony. Trudno, nie należy ufać internetom. Poszliśmy zielonym, który miał gdzieś dalej odnaleźć się z czerwonym i umożliwić nam powrót na właściwą drogę. Po chwili byliśmy już w rezerwacie „Pazurek”, a drogę przecięła nam duża sarna, która wprawiając nas w niemałe osłupienie przeskoczyła przez ścieżkę kilka metrów przed nami. Reszta leśnej wędrówki przebiegła bez niespodzianek i wkrótce odnaleźliśmy zamek w Rabsztynie.

IMG_1905

Wikipedia podaje, że zamek pierwotnie był konstrukcją drewnianą, a za czasów panowania Kazimierza Wielkiego został przebudowany na wersję murowaną. Zupełnie jak w przysłowiu. Z rabsztyńskim zamkiem wiąże się także hurrapatriotyczna legenda o śpiących rycerzach, którzy obudzą się w niedookreślonej przyszłości aby pokonać niesprecyzowanych wrogów ojczyzny. Zapewne wegetarian i cyklistów. Pomimo braku w legendzie wzmianek o skarbach, jedyna zachowana po potopie szwedzkim baszta została w XIX w. wysadzona w powietrzez przez domorosłych poszukiwaczy skarbów. Zapewne profilaktycznie. Sam zamek jest częściowo odrestaurowany i wciąż trwają na jego terenie prace odtworzeniowe. Ciekawostką są umieszczone w licznych miejscach na terenie zmaku kody QR, których zeskanowanie telefonem odsyła do audioprzewodnika z nagraną informacją o odpowiednim pomieszczeniu czy części zamku. Bardzo lubię tego typu rozwiązania. Szkoda, że podczas pieszej wędrówki zasilanie telefonu jest na wagę złota, co wyklucza korzystanie z podobnych ekstrawagancji. Obejrzawszy zamek rozłożyliśmy się nad jego fosą i spożyliśmy drugie śniadanie. El wypatrzyła też i wypytała o wrażenia z drogi znajomego wędrowca, z którym mijaliśmy się kilkukrotnie na trasie. Nie pamiętam imienia, ale określaliśmy go „ten, który szybko chodzi” dla odróżnienia od innej znajomej twarzy – człowieka „40 km dzienie”. Okazało się, że podobnie jak my, on też spędził tę noc w Bydlinie, tyle że zamiast pola namiotowego wybrał spanie „w jakichś krzakach przy drodze”. Ciekawych ludzi się tu spotyka.

Wkrótce potem złapaliśmy jakiś miejscowy bus, który podwiózł nas do pobliskiego Olkusza, skąd planowaliśmy przedostać się do Pieskowej Skaly. Oklusz okazał się być jednak odcięty od tej części świata, co zmusiło nas do spędzenia godziny na czekaniu pod dworcem na nieregularnie jeżdżący w naszym kierunku busik, który ponoć miał niedługo przyjechać. Internety, szczególnie oficjalne, zupełnie sobie nie poradziły, więc za źródło wiedzy służył nam człowiek, który wyszedł ze swojego sklepu na papierosa i okazał się być nie tylko rozmowny, ale też obeznany z okolicą i miejscową historią najnowszą. Oczekiwany przez nas bus pojawił się w okolicy przewidywanej przez localsa godziny i ruszyliśmy dalej.

Zamek w Pieskowej Skale to formalnie oddział Muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu. Dotarliśmy na miejsce o 15:30 i ruszylismy na zwiedzanie, które, jak to w muzeum, nie obyło się bez dziwaczności. Nie dość, że nie pozwolono nam zwiedzać zamku bez wykupienia biletu na odbywającą się w jego części wystawę malarstwa, to jeszcze samo poruszanie się po obiekcie odbywało się w kapciach. Na plus zaliczam natomiast możliwość skorzystania z usytuowanych w pobliżu kasy szafek i pozostawienia w nich pod kluczem ciężkich plecaków. Z zamkiem, jak zwykle, wiąże się legenda o martwej dziewczynie (tym razem zagłodzonej w wieży z powodu romansu z giermkiem) oraz zachowany do dziś „akt notarialny” z 1422 roku, którym Władysław Jagiełło przeniósł w drodze darowizny własność zamku na podkomorzego krakowskiego – Piotra Szafrańca. Tekst tego dokumentu tak mi się spodobał, że postanowiłem się nim podzielić. Polska wersja łacińskiego oryginału brzmi następująco:

My Władysław, z Bożej łaski król polski (…) rozważywszy wierne posłuszeństwo, niezmordowaną pracę, szlachetne pochodzenie męża Piotra Szafrańca podkomorzego krakowskiego naszego rycerza wiernego i ulubionego zważywszy, że w różnych wojnach, zjazdach, konfliktach, obronie granic i jakichkolwiek opresjach, które na nas i nasze królestwo spadały od czasu kiedy włożyliśmy koronę królewską, w pilnym niepokoju, wiernej odwadze, cichym, pożytecznym i zdatnym zawsze się okazywał (…) pragnąc tego Piotra Szafrańca obdarzyć naszą łaską specjalną i oddać do nowych usług (…) jako przykładowi wielu cnót i jego dzieciom i prawowitym następcom zamek nasz Pieskową Skałę wraz z wsiami Sułoszową, Wielmożą, Milonki i Wola i młynami na rzece Prądniku w ziemi krakowskiej położonych z dawna należących do tego zamku (…) nie rezerwując sobie niczego z własności i panowania jak tylko 2 grosze podatku od ziemi, z łaskawości nam przyrodzonej (…) to wszystko dajemy na własność i użytek z prawem sprzedaży, zamiany, nadania i wiecznego posiadania, jak się wyda lepszym i pożyteczniejszym Piotrowi Szafrańcowi i jego następcom„.

Z innych ciekawostek, ustaliłem, że pod koniec XIX w. zamek nabył adwokat Chmurski z Krakowa, który u jego stóp wybudował wille, nadając Pieskowej Skale charakter letniskowy na wzór Ojcowa. Kiedyś to były czasy dla mecenasów. Niestety nowy właściciel nie nacieszył się długo swoją nieruchomością ponieważ cały majątek został zadłużony do tego stopnia, że wiosną 1902 r. została ogłoszona jego licytacja. W tym czasie wśród osób przyjeżdżających do powstającego właśnie letniska znalazł się Adolf Dygasiński, który na łamach „Kuriera Warszawskiego” rzucił hasło ratowania zaniedbanego zamku. Do jego apelu przyłączył się także Józef Zawadzki – lekarz i autor przewodnika po Pieskowej Skale. Dzięki ich głosom udało się odroczyć licytację i uzyskać kwotę 60 tys. rubli na wykupienie zamku. Założona z ich inicjatywy spółka (od 1905 r. Towarzystwo Akcyjne Zamek Pieskowa Skała) wykupiła zamek już w 1903 r., w rok po śmierci Adolfa Dygasińskiego i przystąpiła do renowacji i przerabiania go na obiekt letniskowy. Kres ambitnemu przedsięwzięciu położył wybuch II wojny światowej.

U podnóża wzgórza, na którym wznosi się zamek, znajduje się kompleks pięciu stawów przepływowych założony w XVI wieku. Hodowano w nich karpie, szczupaki i karasie, a w późniejszym czasie pstrągi tęczowe. W 1993 roku zaprzestano hodowli. Obecnie są ostoją płazów na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego (traszka zwyczajna, traszka grzebieniasta, ropucha szara, ropucha zielona, żaba trawna, rzekotka drzewna, kumak nizinny). Płazy odbywają w nich gody, migrując z zimowisk niekiedy oddalonych nawet o 3 km. W czasie tych migracji szlak godowej wędrówki płazów jest zabezpieczany przez wolontariuszy i pracowników parku, którzy przenoszą zwierzęta przez biegnącą obok drogę, co uważam za superfajne.

Finalnie okazało się, że wystawa malarstwa to główna atrakcja dla zwiedzających i nie przewidziano podawania szczegółowej historii ani ciekawostek z dziejów obiektu. Szkoda, akturat tym byłem najbardziej zainteresowany.

IMG_1907

IMG_1908

O 16:30 zrobiiśmy sobie zdjęcia pod wyrastającej w pobliżu z ziemi Maczugą Herkulesa i ruszylismy w dalszą drogę. Do celu naszej dzisiejszej wędrówki pozostało jeszcze 8 km. Szlak wiódł skrajem stromych urwisk skalnych z fenomenalnym widokiem na okolicę. Przeprowadził nas w pobliżu pustelni błogosławionej Salomei i brzegiem Prądnika do Ojcowa, który osiągnęliśmy około godziny 18.

IMG_1914

 

Ojców był jak z bajki. Taki niewiarygodnie ładny, czysty i zadbany. Trawniki były przystrzyżone, żywopłoty przycięte, domy odmalowane. Wioska wyglądała jak Tolkienowski Shire. Nad rzeką stał stary drewniany młyn, a okolicę otaczały strome góry. Ojców leży w wąwozie, którego środkiem płynie Prądnik. Wśród tej całej estetycznej uczty zapomniano jedynie o odwiedzajacych okolicę wędrowcach. Kolejni gospodarze mniej lub bardziej uprzejmie oznajmiali nam, że nie godzą się na rozbicie na jedną noc namiotu na ich ziemi i nie mają wolnych pokojów na wynajem. Osiągnąwszy etap określania miejscowych słowami powszechnie uważanymi za wulgarne i z silnym postanowieniem rozbicia sie w lesie nie zważając na objęcie go statusem rezerwatu, trafiliśmy do kobiety, która z wyraźną niechęcią i ociąganiem zgodziła się wynająć nam na jedną noc pusty pokój w swoim pensjonacie. Internet znów nie stanął na wysokości zadania, ponieważ twierdził, żę w Ojcowie jest pole namiotowe. Okazało się, że zostało zamknięte trzy lata wcześniej. Piekne łąki nad rzeką aż się prosiły o to żeby udostępnić je na nocleg zmęczonym turystom, ale nikt się tego nie podjął. Szkoda. Zostawiwszy ciężkie plecaki w pokoju popędziliśmy do pobliskej restauracji Zazamcze na obfitą i wyjątkowo smaczną obiadokolację. Zakończylismy wędrówkę na dziś. Reszta dnia minęła nam na odpoczynku i cieszeniu oczu pięknem okolicy. Jutro ruszymy w ostatni etap wędrówki do Krakowa.

IMG_1921

IMG_1922

IMG_1925

Reklamy