Szlakiem Orlich Gniazd, dzień 6

Wymarsz na ostatni etap wędrówki nastąpił o 06:45 rano. Przeszliśmy szybko przez centrum Ojcowa pod miejscowy zamek – ostatni na naszej trasie. Na miejscu okazało się, że nie tylko my mieliśmy problem z noclegiem w tej miejscowości – podobni nam wędrowcy spędzili noc śpiąc w śpiworach na ławkach w parku. Na miejscu zjedliśmy szybkie śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę nie czekając na otwarcie obiektu, przewidziane dopiero na godz. 9. Późniejszy research powierdził, że nie miał on zbyt wiele do zaoferowania.

IMG_1928

IMG_1926

Trasa wiodła na południowy wschod, doliną Prądnika. Ojców okazał się być większy, niż pierwotnie przypuszczaliśmy i niewymownie urokliwy. Okolicę zdobiły małe, kolorowe, drewniane domki i wille, otoczone ogrodami z przystrzyżoną trawą, kwiatami i wypielęgnowanymi drzewami. Rzeka zasila też ekologiczną hodowlę pstrągów „Pstrąg Ojcowski„, którą po latach zaniedbań i ruiny przywróciły do przedwojennej świetności nie mające pierwotnie jakiegokolwiek doświadczenia w hodowli ryb matka i córka – Magda Węgiel i Agnieszka Sendor. Miejscowy pstrąg jest zdrowy, niedrogi i ponoć wyjątkowo smaczny. W całej okolicy wszędzie jest zielono i przyjemnie. Dolinę rzeki z dwóch stron otaczają wysokie zalesione zbocza. Z upływem poranka zaczęli nas mijać rowerzyści i biegacze. Co jakiś czas przy drodze mignęła mała kawiarnia. Po jakimś czasie Ojców się skończył i ustąpił miejsca drzewom i łąkom. Po obu stronach szlaku wyrastały w niebo wapienne formacje skalne, jakieś skarpy i urywiska. Przydrożne znaki wskazywały leśne drogi w kierunku licznych jaskiń i punktów widokowych. Niedługo później natknęliśmy się na masywną i robiącą duże wrażenie Bramę Krakowską.

IMG_1940

IMG_1942

Po jakimś czasie ściany doliny zmalały, aby finalnie zupełnie zaniknąć. Wyszliśmy na otwarty teren, a następnie na drogę. Słońce grzało z bezchmurnego nieba niemiłosiernie. W końcu, po długim i męczącym wdrapywaniu się pod krętą i stromą drogę, o 10:30 zrzuciliśmy plecaki pod murem cmentarza przy kościele św. Idziego w Giebułtowie. Miejscowości znanej z tego, że pierwsze ślady osadnictwa datuje sie tu na neolit, a dla nas istotną o tyle, że wyznaczała półmetek dzisiejszej wędrówki. Wypiliśmy mnóstwo wody, zjedliśmy po lodzie, poleżeliśmy w trawie przez 45 minut i trzeba było znow założyć plecaki.

Szlak wiódł prosto przez przedmieścia Krakowa, zabudowane domami jednorodzinnymi, tak różne od przemysłowych przedmieść, którymi opuszczaliśmy Częstochowę. Przyglądali nam się zdziwieni naszym widokiem spacerowicze i rowerzyści. Wkrótce minęliśmy tablicę informacyjną z nazwą stolicy małopolski i przez osiedla mieszkaniowe, wzdłuż płotów będących w trakcie realizacji inwestycji deweloperskich, a później także przez skrzyżowania ze światłami i parki miejskie dotarliśmy do kresu naszej wyprawy – pętli tramwajowej „Krowodrza Górka”. Była 12:50. Po 6 dniach wędrówki ukończyliśmy 160-kilometrowy Szlak Orlich Gniazd. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie na mecie, daliśmy znać kibicującym nam rodzinom i znajomym i odkładając deliberacje na później, złapaliśmy najbliższy tramwaj na dworzec PKP. Dworcowa toaleta stała się świadkiem pośpiesznej tissue bath i zmiany ciuchów, po czym popędziliśmy na peron łapać pociąg do Warszawy odjeżdżający o 13:41. Około 16:00 byliśmy już w domu. Pralka męczyła się z brudnymi ciuchami, a my braliśmy na zmianę prysznic za prysznicem żeby zdrapać z siebie kurz i zmyć zmęczenie.

IMG_1945

I to już koniec przygody na Jurze. Pora zacząć planować kolejną wyprawę. Chcieliśmy też serdecznie podziękować Paulinie i Piotrowi za to, że szli z nami. Do następnego razu.

Reklamy