Przemarznięty rejs, dzień 4

Po przebudzeniu o 4 rano, kiedy człowiek zasypiał o 1 w nocy jest się zombie. Nic nie wychodzi. Wiązanie buta potrafi skończyć się upadkiem. Poranek był dramatyczny. Wstałem jednak jakoś i pozbierawszy się pomogłem w odcumowywaniu i opuszczaniu gdańskiej mariny. Jakieś niedobitki piątkowych imprezowiczów przyglądały nam się z brzegu, ale liczbowo dominowały raczej służby porządkowe oczyszczające ulice. Kładka na Motławie dotrzymała słowa i nie tylko odebrano w niej telefon, ale również otwarto nam drogę. Miasto było wymarłe. Stocznia była cicha, w porcie ruch też śladowy. Powoli pięliśmy się na północ, w stronę Zatoki Gdańskiej. Niebio robiło się jaśniejsze. Meteo zapowiadało silny wiatr rosnący od wczesnych godzin porannych i mający osiągnąć w ciągu dnia 7 stopni w skali Beauforta. To już prawie sztorm i warunki, w których pływać jest niebezpiecznie.

W momencie zbliżania się do główek portu wzeszło słońce i poczuliśmy, że wieje. Nie wieje. Pizga. Skipper dla bezpieczeństwa zarządził kamizelki ratunkowe i przypięcie się pasami do stałych elementów jachtu. Postawiliśmy żagle i ruszyliśmy poszaleć. Jacht kładł się na burtę, wiatr wył, kadłub tłukł w wodę na krótkiej i stromej bałtyckiej fali. Pędziliśmy długim, korzystnym halsem wzdłuż brzegu w kierunku Gdyni. Wiatr się wzmagał, dwukrotnie refowaliśmy żagle, a jacht wciąż gnał. Woda rozbryzgiwała się na dziobie i chlapała na pokład i załogę w kokpicie. Nie pamiętam kiedy miałem ostatnio tak duży fun z żeglowania. Chyba jeszcze za czasów pływania na Klio. Nie można mnie było oderwać od steru.

Przepływając około 8 w pobliżu Orłowa obserwowaliśmy plażowy start Runmageddonu, który zaczynał się od wbiegnięcia uczestników do wody. Ciekawe, czy Mateusz nas rozpoznał.

IMG_E1614

Około 9 wpłynęliśmy do mariny w Gdyni. Nastąpiło szybkie cumowanie, klar pod pokładem i pakowanie porozrzucanych na kojach i po jaskółkach cuchów i sprzętów do plecaków. Człowiek z charterowni sprawdzał czy nie uszkodziliśmy łódki i nie pogubiliśmy sztućców, a Dominik pojechał po paliwo. Jacht, podobnie jak samochód, wynajmuje się i należy oddać z pełnym bakiem. Problem w tym, że przed sezonem w portach nie działają stacje paliw i trzeba z wielkim baniakiem wędrować na zwykłą stację drogową. Korzystając z wyprawy po paliwo dałem się podwieźć w stronę dworca PKP. Spieszyłem się na pociąg do Warszawy o 10:30. Na niedzielę zaplanowaliśmy z El pieszą wyprawę przez całą Puszczę Kampinoską. Start o 7 rano, a sporo miałem jeszcze do przygotowania. Do pociągu wsiadłem opalony i szczęśliwy.

IMG_1619

Przemarznięty rejs, dzień 3

Wylosowaliśmy z Łukaszem dłuższe słomki. Metaforycznie, ale sęk w tym, że dla nas, w przeciwieństwie do Mateusza i Dominika, dzień zaczął się nie przed 4 rano, tylko o 09:30. Chłopaki ruszając po ciemku opuścili Łebę nieomal bezszelestnie, chociaż obaj z Łukaszem i tak się obudziliśmy kiedy jacht zaczął odbijać od kei. Taki żeglarski instynkt, który działa, kiedy łódź zmienia położenie, w czasie, gdy żeglarz śpi. Każdemu zdarza się budzić się w środku nocy, wyłazić na pokład i sprawdzać, czy cumy trzymają, czy wiatr się nie zmienił i czy jego pływający dom jest bezpieczny. Nasz był w dobrych rękach. Zanim wstaliśmy chłopaki dopłynęli aż pod Władysławowo. Od rana panowała flauta, więc rejs był motorowodny. Dzielny diesel volvo penta burczał, wibrował i pchał nas w stronę Trójmiasta. Wygrzebawszy się z koi rozpoczęliśmy dzień śniadaniem (bezpośrednio po którym chłopaki z porannej wachty zjedli obiad – byli już na nogach od prawie 8 godzin), później cała załoga, jak jeden mąż siadła do kompów i zaczęła pracować. Dominik obrabiał filmy, ja pisałem, Łukasz czytał, Mateusz konferował z klientem przez telefon, z pełną powagą wyrzucając z siebie profesjonalnie brzmiące „I’m sailing right now, so we may experience some bad reception„.

IMG_1406

W południe coś powiało. Ciepłe, suche i w pasie w pobliżu lądu… bryza! Szybka powtórka z geografii ze szkoły podstawowej: wiatr to ruch powietrza wynikający z różnicy ciśnień między masą cieplejszą i zimniejszą. Różnicę ciśnień wywołuje różnica w temperaturze. Za dnia ciepłe powietrze, ogrzane szybciej nagrzewającym się od promieni słonecznych lądem unosi się i zasysa pod siebie zimniejsze powietrze znad chłodnego morza. Po schłodzeniu się nad morzem, opada i wypycha znajdujące się tam powietrze w stronę lądu. Nocą kierunek się odwraca. Niesieni rzeczoną bryzą halsowaliśmy sobie wzdłuż półwyspu helskiego aż do wysokości samego Helu. Halsówkę wymusiło to, że jak zwykle wiało z kierunku, w którym zmierzaliśmy. To już wręcz nieprzyzwoite, zważywszy na to, że przez dwa poprzednie dni, kiedy płynęliśmy w przeciwną stronę także wiało w twarz. Wiatr odkręcił złośliwie razem z nami. Na krańcu cypla na chwilę zgasł, ale później trzymał się dzielnie umożliwiając nam dojście na jednym halsie prawie do Sopotu. Plus sytuacji był taki, że wykryliśmy w jej toku, że zamiast robić zwroty własnymi rękami, jak jacyś ludzie pierwotni, możemy nacisnąć przycisk na konsoli naszego nieocenionego autopilota, który przeprowadzi elegancki manewr o zaprogramowany wcześniej kąt. Szczyt lenistwa, ale też wielka wygoda. W ogóle autopilot sprawdził się na tym rejsie genialnie. Pozwolił ograniczyć marznięcie i nużące sterczenie za sterem podczas przelotów na silniku, ułatwił manewrowanie i w ogóle usprawnił obsługę jachtu.

IMG_1412

Po drodze usiadła nam na jachcie zagubiona i oddalona od lądu sikorka. Wyglądała na wymęczoną długim lotem więc daliśmy jej odpocząć w spokoju na salingu.

IMG_1409

W tym czasie, Łukasz, jak przystało na rasowego pirata, niepostrzeżenie dla reszty załogi rozpracował butelkę whisky. Kiedy zauważyliśmy, że spowolniła mu motoryka, skipper zarządził zapakowanie pirata w kamizelkę ratunkową i przypięcie pasem do któregoś ze stałych elementów konstrukcji jachtu. Po kilku komentarzach na temat życia psa na uwięzi i znaczenia profilaktyki dla zachowania bezpieczeństwa Łukasz zasnął na burcie i odpoczywał.

Na tym odcinku pogoda wyraźnie dopisała. W pobliżu lądu zrobiło się ciepło i przyjemnie. Podchodząc późnym popołudniem do mariny na sopockim molo minęliśmy trening katamaranów i windsurferów sopockiego klubu żeglarskiego. Nad mariną latał sobie wiatrakowiec. Piękny widok. Jak z pocztówki. W marinie zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby oddać na ląd Mateusza (który miał akurat tyle czasu, żeby doprowadzić się do porządku przed ważnym spotkaniem biznesowym, po którym miał odespać, przed zaplanowanym na sobotę rano startem w Runmageddonie) i podjąć naszych dzisiejszych gości – Tomasza i Adelę. Po tej wymianie ruszyliśmy do Gdańska.

IMG_E1473

IMG_1457

Wiatr tym razem sprzyjał, i przed wejściem do portu pomanewrowaliśmy sobie trochę na wysokości plaży w Brzeźnie. Dla porządku namówiłem resztę na wykonanie pierwszego i w zasadzie jedynego w toku tego rejsu, a także pierwszego w tym sezonie zwrotu przez rufę. Adela jako osoba nieżeglująca uznała, że manewr nie był szczególnie emocjonujący, ale po wyjaśnieniu, że prawidłowo przeprowadzona rufa przebiega łagodnie, doceniła kunszt załogi.

Kończąc tę chwilę zabawy zrzuciliśmy żagle i skierowaliśmy się do portu gdańskiego. Po piętach deptał nam od wejścia masowiec Grupy Azoty, ale uznawszy, że nie spieszy nam się jakoś szczególnie, spłynęliśmy mu z drogi i zajęliśmy się podziwianiem portu.

IMG_1483

Uwielbiam wchodzić z morza do Gdańska. Najpierw mija się Westerplatte (gdzie żeglarski obyczaj nakazuje zasalutować banderą, czyli opuścić ją do połowy wysokości drzewca, na którym jest zawieszona), później budynek kapitanatu i latarnię w Nowym Porcie. Dalej jest dziś już opuszczony piękny, zabytkowy budynek dawnej poczty morskiej i Twierdza Wisłoujście, pozostałość po promie przez Martwą Wisłę, który kursował w tym rejonie zanim otwarto tunel pod dnem kanału i wreszcie zabudowania portu i Stoczni Gdańskiej.

IMG_1485IMG_1509

Port i stocznia, to zupełnie osobna historia. Pracują tam żurawie, suwnice i ciężki sprzęt, widać silosy i terminale do przeładunku towarów masowych, statki stoją w suchych dokach, wszędzie słychać hałas towarzyszący pracy w tym wyjątkowym miejscu, a nocą klimatu dodaje fakt, że wszystko jest tam oświetlone. Od strony kanału Martwej Wisły widok jest jedyny w swoim rodzaju.

IMG_1534IMG_1546IMG_1578

Przepłynąwszy przez port minęliśmy Polski Hak i otworzyło się przed nami gdańskie stare miasto. No może jeszcze nie do końca otworzyło. Drogę blokowała zbudowana niedawno ruchoma piesza kładka, która była akurat zamknięta. Przez VHF’kę ustaliłem, że otwarta zostanie dopiero za godzinę. Wesołości konwersacji dodawał fakt, że na tym samym kanale, ktoś urządził sobie kanał roboczy do manewrowania i ani myślał go zwolnić. Odpoczynek w kanale Motławy, gdzie stanęliśmy czekając na otwarcie drogi, umilała nam trzeszcząca z głośnika konwersacja Józka i Zdzicha, którzy klęli nie mogąc znaleźć jakiejś boi i zachęcali się nawzajem do manewrowania na ślepo.

IMG_1581

W tym czasie wyszło na jaw, że Tomasz również okazał się być piratem i zmęczony przysypiał w kokpicie.

Odkąd postawiono kładkę, wyspa Ołowianka wyładniała i ożyła. Można tam spacerować, szybko i wygodnie dostać się do hotelu, restauracji, Filharmonii Bałtyckiej czy Muzeum Morskiego lub po prostu posiedzieć i pogapić się na wodę. Problem z kładką jest jednak taki, że utrudnia drogę jednostką pływającym i zmusza je do czekania na otwarcie. W końcu, o 22 kładka została uniesiona i zakończywszy lansy mogliśmy udać się do mariny gdańskiej, gdzie stanęliśmy na noc. Obok nas cumowały duże motorówki z podświetlonym dnem, wyglądające jak pływające kluby go-go. Pasażerowie też jakby wpisywali się w tę estetykę.

IMG_1587

Po pobieżnym sklarowaniu jachtu i szybkiej kolacji położyliśmy się spać. Jutro pobudka o 4 rano, tak żeby wyjść z mariny przed 5 i zdążyć oddać łódkę w Gdyni o umówionej z charterownią 9. Kładka została dogadana na otwarcie na telefon. Mam tylko nadzieję, że nas nie wstawili i ktoś odbierze.

Linki w tekście, jak wszystkie na blogu, nie są reklamami i warto w nie klikać w celach poznawczych.

Przemarznięty rejs, dzień 2

Noc minęła szybko i bez kłopotów. Uwielbiam spać na wodzie. Nigdzie nie zasypia się tak przyjemnie, jak na kołyszącym się spokojnie jachcie. Jednostki morskie są z zasady ogrzewane, ale i tak chwała niech będzie El, za to, że nalegała na kupienie na ten sezon śpiworów przystosowanych do spania w temperaturach poniżej zera. Nie musiałem się ubierać do spania, nie zmarzłem, było mi ciepło, a czasem może nawet gorąco. Coś pięknego.

IMG_1623

Plan zakładał wypłynięcie o 7. Wyszła z tego niechlubna 09:30 ze śniadaniem na wodzie. Łukasz i Dominik wyprowadzili jacht. Mateusz przygotował ze mną jajecznicę w garnku. Osoby niepływające często dziwi żeglarski zwyczaj gotowania wszystkiego w wysokich naczyniach, czy zalewania herbaty nie bardziej niż do dwóch trzecich wysokości kubka, ale wątpliwości rozwiewają im się w chwilę po minięciu główek portu. Na morzu jachtem buja. Jacht się kołysze, skacze i pokłada na fali. Stanie czy poruszanie się w takich warunkach pod pokładem wymaga pewnej wprawy. Gotowanie i operowanie wrzątkiem wymaga wprawy szczególnej, a czasem, na przykład podczas sztormu, bywa zupełnie niemożliwe. Nam poszło sprawnie. Krótko po wypłynięciu spożyliśmy wszyscy razem „śniadanie na autopilocie”.

IMG_1379

Po śniadaniu przyszedł czas na prace bosmańskie. Jesteśmy pierwszymi użytkownikami tego jachtu w bieżącym sezonie. Przed naszym przyjazdem stał na lądzie i czekał. Okazało się, żę jedna z listw usztywniających główny żagiel wysuwa się ze swojej kieszeni grożąc wypadnięciem. Żagiel trzeba było zwinąć do masztu, a listwę wepchnąć z powrotem lub usunąć i zabezpieczyć. W tym celu ktoś musiał zostać przez pozostałych wciągnięty na ławeczce bosmańskiej na maszt. Niezbyt wysoko, ale na kołyszącym morzu takie prace zawsze są niebezpieczne. Do zadania zgłosił się Mateusz, ale zanim zdążył wyruszyć, listwa wysunęła się i poleciała na pokład. Na szczęście złapaliśmy ją z Łukaszem. Wciąganie ławeczki poszło sprawnie, Mateusz naprawił usterkę i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Kierunek Łeba.

IMG_1385

Po południu przyszła pora na lunch. W tym celu chłopaki odpalili jachtowy piekarnik, do którego trafiły bagietki z masłem czosnkowym. Do tego każdy dostał kubek barszczu i na chwilę nawet zrobiło się jakby cieplej. Na lądzie jest teraz jakieś 25 stopni, ale nasz jachtowy termometr wskazuje 4. Uwzględniając chłodzenie wiatrem można przyjąć, okolice zera. Nie jest więc tak, że jestem przewrażliwiony. Do tego późnym popołudniem doszła mgła, która ogranicza widoczność do jakichś 50 metrów i skrapla się na pokładzie.

IMG_E1396

Nawigowanie we mgle siłą rzeczy ograniczyło się do elektroniki. Wywołany przez radio kapitanat portu potwierdził nam wejście, ale samych główek falochronu nigdzie nie było widać. Po chwili z mgły wyłoniły się ciemne kształty, które wyznaczyły drogę. Dotarliśmy.

Tym razem cumowanie poszło sprawnie. Marina w Łebie jest schowana w kanale portowym i osłonięta od morza. Nie wieje tam ani nie faluje, a na kei czekał bosman ze wskazówkami, gdzie możemy podejść. Prawie jak Chorwacja. Sam obiekt również zrobił dobre wrażenie. Po szybkiej kolacji w najbliższej otwartej pizzerii zaatakowaliśmy prysznice, które, odmiennie niż we Władysławowie, działały i były niezamknięte na klucz. Wygrzani w gorącej wodzie poprawiło morale całej załogi. Szkoda tylko, że te kabiny dziwnie się bujały. Choroba lądowa tak szybko? Podejrzane.

IMG_1399

W Łebie nie zagrzejemy miejsca zbyt długo. To punkt zwrotny naszego rejsu, z którego rozpoczynamy drogę powrotną. Kolejnym etapem będzie quasi-nocny przelot do Gdańska. Start o 4 rano. Półtorej godziny przed wschodem słońca.

Przemarznięty rejs, dzień 1

Zaczęło się od porannej sesji zdjęciowej w stoczni. Dominik focił pewnego trójmiejskiego muzyka dla gazety publikującej wywiad z nim, Łukasz trzymał blendę i pomagał, ja zostałem we Wrzeszczu i dopinałem sprawy zawodowe. Około 10 ruszyliśmy do Gdyni spotkać się z Mateuszem – czwartym członkiem naszej załogi, zrobić szybkie zakupy, i najważniejsze – odebrać jacht. Bavaria 32, do obejrzenia pod tym linkiem.

IMG_1331

Około południa udało nam się opuścić marinę. Obraliśmy kurs na koniec półwyspu helskiego i wyruszyliśmy w drogę. Dzień był słoneczny, ale wiało słabo, a na wysokości półwyspu zupełnie zgasło. Dominik zasnął, Łukasz zasnął, Mateusz i ja siedzieliśmy w kokpicie.

Od strony zatoki manewrowały dwa szare okręty marynarki wojennej, czasem przemknął jakiś kuter, ale ogólnie ruchu na wodzie nie było. W Polsce sezon żeglarski zaczyna się w majówkę. Głównie ze względu na temperaturę, co sami szybko odczuliśmy. Po wypłynięciu na otwarte morze zrobiło się zimno. Bardzo zimno. Kto siedział na pokładzie, zakładał wszystkie posiadane ubrania, sztormiak, czapkę, rękawiczki i co tylko jeszcze miał ze sobą. Kto nie musiał, ten na pokładzie nie przebywał. Sytuację w tym aspekcie bardzo poprawiał zamontowany na jachcie autopilot.

Dalszą drogę do Władysławowa odbyliśmy na silniku. Po jakiejś godzinie wiatr się obudził i nawet ładnie rozwiał, ale kierunek wybrał zupełnie od czapy. Jachty żaglowe, jak wiadomo, nie pływają pod wiatr, a na halsowanie nie mieliśmy czasu. Zależało nam na tym żeby dopłynąć przed nocą. Płynęliśmy więc dalej na północny zachód wpatrując się w czerwieniejące i coraz niżej zawieszone słońce. Weszliśmy do portu po 20. Cumowaliśmy już po ciemku. Paskudny boczny wiatr utrudniał podejście. Władysławowo przywitało nas intensywnym zapachem portu rybackiego.

IMG_1369

Atrakcją wieczoru okazała się położona w pobliżu przystani „Gospoda u chłopa”, która kuchnię miała otwartą do 23, ceny przystępne a do tego jeszcze grzańce. Siedzieliśmy do zamknięcia, po czym wróciliśmy na jacht. Między północą a pierwszą dopłynęły do nas jeszcze dwie jednostki. Ci to musieli przemarznąć.

IMG_1377

Przemarznięty rejs, dzień 0

Pewnego dnia w połowie kwietnia Łukasz przesłał mi poniższe zdjęcie i napisał „czy miałbyś chęć na kilkudniowy rejs po zatoce w przyszłym tygodniu?„.

IMG_1302

Spojrzałem w kalendarz i okazało się, że akurat w zaproponowanym terminie mam pusty. Podejrzane, ale… Jedziemy na żagle! Spontaniczny wyjazd wymagał pewnych zabiegów organizacyjnych, bo oczywiście kiedy tylko wszechświat wykryje tego typu pomysł, zaczynają mnożyć się trudności. Na szczęście jednak udało się wszystko dopiąć i we wtorek 17 kwietnia o 1915 spotkaliśmy się na centralnym. Podróż z PKP to zawsze potencjalna przygoda i tak było również tym razem. Ponieważ w wagonie bezprzedziałowym było oględnie rzecz ujmując nieprzyjemnie, uparłem się, że znajdę nam lepsze miejsca. Znalazłem po chwili. W sąsiednim wagonie. Nawet kilka zupełnie pustych przedziałów. Nieco bardziej spostrzegawczy Łukasz wykrył, że przyczyną pustki w wagonie może być fakt, że ma on awarię, która objawia się brakiem zasilania. Na pewno więc będzie ciemno, a może również i zimno. Zostaliśmy. Co to dla nas?

IMG_1309

Pusty przedział nadawał się idealnie na drinki domowej roboty i męskie rozmowy o życiu i sprawach poważnych. Nasze tradycyjne cotygodniowe spotkanie przybrało tym razem formę podróży, która w całości została przegadana. Nie omieszkałem oczywiście wytknąć Łukaszowi wcześniejszej deklaracji „biorę komputer i będę pracował„, którą szybko zastąpiła propozycja „to może whisky do pociągu?„. Około północy wylądowaliśmy we Wrzeszczu w nowym mieszkaniu Dominika – fotografa, skippera i organizatora naszego rejsu. Mieszkanie wyróżniało się tym, że mieściło się na ostatnim poziomie zabytkowej poniemieckiej willi z tarasem na dachu i fantastycznym widokiem z jednej strony na las, a z drugiej na morze. Uwielbiam Trójmiasto za takie miejsca. Nie deliberując przesadnie, położyliśmy się spać. Przed nami trochę pracy zanim wypłyniemy.