Bornholm, film

Reklamy

Bornholm, zdjęcia

„Jantar” w całej okazałości.

Pakowanie rowerów na prom.

Prywatny żarcik, duuh…

Kolorowymi domkami Bornholm stoi.

Te same domki w Nexø. Lepsze światło, słabsze tło.

Poniemiecki bunkier. Okolice Dueodde.

Typowy przykład miejscowej architektury.

Przystań w Hasle.

Okolice Hasle.

Zwierzęta na wyspie nie boją się ludzi.

Wędzarnia w Hasle.

Klif w okolicy Vang.

img_0336Osada rybacka na zachodnim wybrzeżu.

Zamek Hammershus.

Podejście pod zamek Hammershus.

Widok z zamku.

Dziedziniec zamku.

Widok z zamku.

Przystań w Gudhjem z bramą chroniącą przed falą.

i praktyka jej działania

W przeciwieństwie do warszawskich, bornholmskie przystanki chronią przed warunkami atmosferycznymi.

Bufet rybny w Gudhjem Røgeri.

Bornholm, dzień 7

Przygoda dobiega końca. Przestało wiać, przestało padać, słońce wisi wysoko, świeci jasno i suszy mokry namiot. Suszy też „Mokrego Psa” – tak nazwałem swój ręcznik turystyczny. Z powodu zpachu. Nie wraca już ze mną do domu.

Plecaki po spakowaniu okazały się niespodziewanie lekkie. Z campingu obserwowaliśmy, jak prom mający nas zabrać do domu wpływał po spokojnej wodzie do portu. Bałtyk się wyszalał i dziś nie było już śladu po wcześniejszym, kilkudniowym sztormie. Zebraliśmy się z campingu i przenieśliśmy na przystań. Wejście na pokład miało być możliwe od 17. Do tego czasu zamierzaliśmy czytać, odpoczywać i korzystać ze słońca, załatwiwszy uprzednio ostatnie sprawunki. Ja poświęciłem trochę czasu na obserwowanie, jak miejscowi żeglarze zebrali się w marinie w celu postawienia na zwodowanych jachtach kilkunastu masztów, które najwidoczniej pozdejmowali na zimę, El udało się jeszcze kupić kilka pamiątek i prezentów dla znajomych. Portowy kiosk-sklepik przyjmował właściwie każdą walutę, a braki w koronach można było uzupełnić złotówkami. Na ławce obok ktoś jadł z chlebem smażoną rybę zawiniętą w papier, a wokół zaczynali gromadzić się Polacy czekający, tak jak my, na prom.

Podróż powrotna obyła się bez niespodzianek. Morze było spokojne. Nikt już nie cierpiał z powodu bujania statkiem na fali i wywołanej nim choroby morskiej. Załoga puściła „Skok przez płot”, co niestety nie spacyfikowało hałaśliwej dzieciarni całkowicie, ale chwilami wystarczało. Udało nam się także zobaczyć zachód słońca w miejscu, z którego nie widać lądu, co zawsze jest ciekawym doświadczeniem. Wreszcie około 21:30 weszliśmy do oświetlonego światłami nawigacyjnymi i zabytkową latarnią morską portu w Kołobrzegu.

Później był szybki marsz na nocleg, kolejka niedopitych w miejscowej „Żabce”, która na szczęście miała jeszcze jakiś paczkowany chleb i ostatniego pomidora, krótki sen w łóżku z pościelą i poduszką (człowiek uczy się doceniać małe przyjemności, kiedy śpi na ziemi), a o 07:19 wyrusza pociąg do Warszawy.

Po powrocie zamierzam napisać kilka praktycznych uwag dotyczących naszego wyjazdu oraz wrzucić tu więcej zdjęć i film. El planuje zrobić podsumowanie finansowe wyprawy. Dzięki za czytanie i do zobaczenia gdzieś na szlaku.

Bornholm, dzień 6

To był spokojny, powolny dzień, mijający pod znakiem konserwowania ciepła. Wyspalimy się we względnym cieple. Na śniadanie zamiast papki była zdobyta w pobliskim Lidlu chrupiąca bagietka i sok pomarańczowy, a później rozłożyliśmy się w śpiworach w fotelach w campingowej świetlicy i czytaliśmy książki, obserwując co jakiś czas przez okno, jak wiatr słabnie, a fale maleją i popijając herbatę. Relaks totalny.
Po południu obeszliśmy spokojnym spacerem całe Nexø, kupiliśmy kilka drobiazgów i wróciliśmy do świetlicy. Tym razem czytanie odbywało się na kanapie. Na obiad były bardzo pożywne liofilizaty, a na deser ciastko z lokalnej piekarni, które smakiem i konstrukcją przypominało dużą, okrągłą baklawę. Smaczne i bardzo słodkie. Otrzymaliśmy potwierdzenie, że prom jutro po nas przypłynie. Udało się też zarezerwować nocleg w Kołobrzegu. Jutro wracamy do Polski.

Bornholm, dzień 5


Udało się. Dotarliśmy bezpiecznie do Nexø. Eeee, co? Miało być Gudhjem. Było. Po kolei:

Znów wstaliśmy wcześnie. Wcześnie, znaczy o 8. W końcu jesteśmy na wakacjach. Prysznic, pomoc pani, której skończyły się środki na prepaidowej karcie prysznicowej, czekoladowy warm mush na śniadanie, pakowanie mobilnego domu i w drogę. Z Allinge do Gudhjem jest około 13 km. Ruszyliśmy o 09:40 i na 14:00 byliśmy na miejscu. Trasa wypadła nam na południowy wschód wzdłóż wschodniego wybrzeża wyspy, w zasadzie cały czas ulicą biegnącą równolegle do brzegu. Jak zwykle, zacinał potężny wychładzający i przenikający wszystko zimny wiatr od wschodu. Wybrzeże ponownie zmieniło swoją formę geologiczną. Tym razem na kamienistą. Wielkie fale rozbryzgiwały się o zalegające na ich drodze głazy, a my szliśmy słuchając ryku morza i rozmawiając o kwestiach eschatologicznych i konformiźmie w zakresie praktykowania religii (koleżanka El z pracy zapytała kiedyś o nasze wędrówki: ej, a kiedy wy tak chodzicie razem, to rozmawiacie, czy co?). Po drodze trafił nam się miejscowy sieciowy supermarket i odpoczynek na skałach przy szosie w połowie drogi uświetniły nam bułki z serkiem topionym przywiezionym z Polski. Co to była za radość. Co za rozkosz zjeść kawałek chrupiącego pieczywa. Zrozumie tylko ten, kto dzień za dniem szamał papkę. Do rzeczy, za którymi się tęskni i o których się zapomina dane mi będzie z resztą jeszcze wrócić. Poza poruszającą estetyką sztormu i morza z wściekłością wpadającego na ląd oraz mrożącej wichury do samego Gudhjem już nic się nie działo.

Dotarłszy na pole namiotowe skonstatowaliśmy, że jest ono umiejscowione na stromej skarpie nad brzegiem morza i zupełnie nie nadaje się do postawienia namiotu w takich warunkach pogodowych. Indagowana na okoliczność alternatywnego miejsca noclegu kręcąca się w pobliżu staruszka okazała się nie mówić po angielsku (pierwsze spotkana przez nas miejscowa osoba nie władająca tym językiem), ale po kilku zdaniach wyszlo na jaw, że jest Polką. Skoro Polka nauczyła się duńskiego, to angielski można jej odpuścić. Wymiana informacji z krajanką zaowocowała tym, że ruszyliśmy do miejscowej portowej wędzarni przemyśleć sprawę przy piwie i śledziu. W tym miejscu zdarzył się cud, którego mie dane nam było zaznać w Hasle, a o którym naczytaliśmy się przed wyjazdem i który był istotnym elementem podróży. Wędzarnia oferowała już (mimo, że jeszcze nie sezon) all-you-can-eat fish buffet. Na środku sali stała lada w kształcie łodzi wypełniona lodem, a wewnątrz czekały skarby Bałtyku przyżądzone na najwymyślniejsze sposoby. Osobno czekały też ryby na ciepło. Za oknem fale przewalały się przez fałochron grożąc małej przystani, a my kawałek dalej, w tawernie folgowaliśmy swojej miłości do jedzenia popijając zimnym Tuborgiem i gawędząc trochę z kelnerem na remat poruszania się po wyspie i efektów tłumaczenia menu przy pomocy google translate. 

Kożystając z miejscowego Wi-Fi ustaliliśmy też drogą mailową, że na dzień dzisiejszy aktualne jest plan, że prom powrotny przypłynie po nas 6 maja. Pewnie nie widzą jakie piekło jest w tej chwili wokół Bornholmu. Ten moment, kiedy wiatr odrywa z grzbietu spienionej białym baranem kilkumetrowej fali wodę i niesie ją samoistnie, a wanty nie grają, tylko wizżą nieustannie to już chyba będzie z 8 w skali Beauforta. „Jantar” to katamaran białej floty do żeglugi przybrzeżnej. Bornholm jest raczej szczytem jego pełnomorskich możliwości, ale w zasadzie tylko przy sprzyjającej pogodzie. Zobaczymy. Przemyślawszy swoje położenie zdecydowaliśmy się na odjeżdżający za niecałą godzinę autobus do Nexø i spokojne wyczekiwanie przez 2 dni na miejscowym campingu połączone z odpoczynkiem i zwiedzaniem miasta. Skutkiem powyższego, dobiegła już końca nasza finalnie 80-kilometrowa piesza wędrówka wokół tej pięknej wyspy. Trochę z tej okazji wypiliśmy nabytą spontanicznie pamiątkę po cywilizacji – puszkę zimnej pepsi. 

Kończę na dziś. Zakładam czapkę i rękawiczki, okrywam nas przeciwdeszczowym ponczo (nowa koncepcja ochrony przed zimnem. Śmierdzi niemiłosiernie, jak wnętrze gumowej piłki plażowej, ale zdaje się dobrze trzymać temperaturę) i folią aluminiową i idę spać. Dziś znowu śpimy z widokiem na morze.

Bornholm, dzień 4

Całą noc wiało niemiłosiernie. Od 3 dni wiatr wyje i trzęsie naszym mobilnym domem. Namiot trzyma się dzielnie i jest naprawdę fajny, ale wiatr męczy. Skoro mowa o namiocie, to wewnątrz wygląda on tak:

A na włosy zdarza mu się przy wietrze działać tak:
Z czasem można się przyzwyczaić.

Dziś postanowiliśmy ruszyć wcześniej. Rano nie było czekania, aż wzejdzie słońce i ogrzeje świat. Około 8 ruszyliśmy pod prysznic (tym razem całe pomieszczenie było ogrzane. Wcześniej zdarzały się łazienki niewiele cieplejsze niż przestrzeń na zewnątrz. Na śniadanie ponownie warm mush z czekoladą (przez rok nie spojrzę już na płatki) i o 9:30 ruszyliśmy w 15 km marsz na północny kraniec wyspy jej zachodnim brzegiem z obowiązkowym zwiedzaniem ruin wielkiego zamku na skarpie nad morzem. W przeciwieństwie do poprzednich dni, zamiast trasy rowerowej wybraliśmy pieszą i wybór okazał się doskonały. Wyspa po południowej stronie ma łagodny, piaszczysty brzeg. Im dalej na północ tym jest więcej kamieni. Wkrótce pojawiają się skały, a zaraz za nimi nadmorskie urwiska. Wędrując z południa na północ wzdłóż zachodniego brzegu można wspinając się coraz bardziej górską ścieżką obserwować tę zmianę charakteru wybrzeża.

Wrażenie jest niesamowite, morze przepiękne, a okolica wyludniona. To w tych rejonach pod koniec  XIX wieku powstała morska służba ratunkowa, która miała nieść pomoc załogom statków, które padły ofiarą licznych w tym rejonie podwodnych skał. Ciekawa odmiana po tym, co informacja turystyczna opisywała jako periodyczny wzrost zamożności lokalnych społeczności po każdej pobliskiej katastrofie morskiej. Każdy kto pamięta jeszcze coś z historii prawa skojarzy pewnie starą zasadę, że to co wyrzuciło morze jest rzeczą niczyją, a res nullius cedit primo occupanti (wliczając w to osoby rozbitków i ich dobytek). Istotne jest jednak to, że początkowo na klifach pomiędzy Hasle a Vang funkcjonowały 3 posterunki morskiej służby ratunkowej w postaci drewnianych chatek, nie większych od wiaty przystankowej czy dużej kabiny prysznicowej, a pełniący w nich wartę ratownicy mieli ogniem sygnalizować niebezpieczeństwo lub jeśli do katastrofy już doszło, ściągać pomoc z okolicznych osad rybackich i śpieszyć na ratunek. Najczęściej zimą, w nocy i w burzy, bo w sprzyjających warunkach wypadki jakoś rzadziej się zdarzały. To wszystko za ekwiwalent dzisiejszej złotówki za godzinę w porze nocnej i połowy tej stawki w ciągu dnia.

Wędrując w tych rejonach sporadycznie napotykaliśmy osady rybackie, które najczęściej składały się z trzech domów z kamienia lub ciegieł, z których wszystkie miały po sto lat, dwa były opuszczone, a trzeci zadbany, pomalowany jaskrawym kolorem i ogólnie robiący takie wrażenie, że człowiek od razu myślał o tym żeby rzucić wszystko, co robi w dużym mieście w cholerę i przeprowadzać się na ten koniec świata. Całości sielskiego obrazka dopełniała malutka przystań rybacka z falochronami usypanymi z kamieni, mieszcząca po kilka odkrytopokładowych łodzi. Podobne osady można zaobserwować w mniej uczęszczanych rejonach Chorwacji i pewnie wszędzie, gdzie lokalna ludność jest od wieków silnie związana z morzem. Nie mogłem przestać się cieszyć tym widokiem, ale trzeba było iść dalej.


Po nieco ponad 10 km drogi, dotarliśmy na zamek (zbłądziwszy uprzednio na ogrodzonym drutem pod napięciem pastwisku pełnym owiec i kilku groźnie łypiących spode łbów baranów. Pierwotnie chciałem ruszyć z groźną miną prosto po szlaku, założywszy ostrą końcówkę na kijek trekkingowy, bo nie będzie mi przecież jakiś kebab in spe tarasował przejścia, ale El wiedziona przyrodzonym kobietom rozsądkiem zarządziła obejście stada dookoła, skutkiem czego weszliśmy w tereny z wyglądu idealnie śródziemnomorskie). Zamek okazał się ogromny, niewiele mniejszy od malborskiego, za to z dużo trudniejszym podejściem. Samo wdrapywanie się nań było wyzwaniem, ale efekt przebijał wszystkie dotychczasowe widoki. Słowa ani zdjęcia nie oddają teg,o jak z murów wyglądało wybrzeże i jakie cała konstrukcja robiła wrażenie. Osobie bardziej oczytanej wypadałoby zacytować fragment Eneidy lub podobnego klasyka, ja tylko syciłem oczy i cieszyłem się z chwili odpoczynku, marznąc przy tym niemilosiernie, ponieważ lodowaty wiatr znad morza dął tak, że chwiali się ludzie, chwiały się drzewa i właściwie wszystko, co nie było zamkiem.


Zebrawszy siły ruszyliśmy do Allinge, gdzie wypadał nam dzisiejszy nocleg. Szybko rozbiliśmy namiot szukając tym razem miejsca może nieco dalej od sanitariatów, ale za to upewniając się, że wiatr nie będzie miotał namiotem przez całą noc. Trafiliśmy fragment pola z widokiem na morze.

Trasa wiodła nas dziś plażami, klifami, lasami, łąkami, pastwiskami, moczarami, polami, przez kamieniołomy i po ulicach. Dotarliśmy już na wschodnią stronę wyspy i mamy za sobą 67 km. Plecaki są wyraźnie lżejsze, albo my przywykliśmy do trudów wędrówki. Ból w nogach również już tak bardzo nie dokucza. Wschód oznacza jednak, że pora zacząć powoli myśleć o powrocie do domu. Jutro śpimy w Gudhjem, a pojutrze chcemy wylądować w Nexo, tym samym, z którego zaczęliśmy okrążać wyspę. W sobotę rano powinien się tam zjawić prom, który pod wieczór zabierze nas do Polski. Martwi mnie jednak to, że od tygodnia wieje i to wieje potężnie. Z namiotu słyszę nie szum lecz głośny ryk morza rozbijającego się o brzeg, a na grzbietach większości fal przez cały dzień widziałem białe grzywy. Przy takim rozkołysie możemy nie mieć jak wrócić na polski brzeg.

Bornholm, dzień 3

Folia NRC, he, he. Strzał w dziesiątkę. Prawie. Nasz koc ratunkowy faktycznie utrzymywał ciepło blisko śpiworów, ale niestety skraplał też sporo wilgoci z powietrza. Skutek był taki, że śpiwory były mokre. Na szczęście tylko na wierzchu i nie na tyle, żeby nie wyschło w kilka chwil na słońcu. Rano pobudka, prysznic na telekartę i czekoladowo-orzechowa papka na śniadanie. Później dzień lenia. Nie mając sił wieczorem, odłożyliśmy zwiad okolicy na rano. Po krótkim spacerze (bez plecaków) okazało się, że camping położony jest nad morzem. Pięknym, czystym morzem.

W pobliżu spotkaliśmy też parę Polaków z naszego promu, którzy objeżdżali wyspę na rowerach i mieli wracać wcześniej. Dostali sygnał od przewoźnika, że z powodu sztormowych warunków prom nie przypłynie. Słabo. Zamierzają wracać inną drogą, a my trzymamy kciuki za ich powodzenie i za to żeby nasz prom w sobotę jednak przypłynął.

Plan na dziś miał charakter wybitnie relaksacyjny. Do przejścia było 8 km z Rone do Hasle, piękną leśną scieżką wzdłuż brzegu. Nie zatrzymywaliśmy się po drodze i osiągnęliśmy camping nadmorski na południowym skraju portowego miasteczka po półtorej godziny. Camping jest wielki i oferuje kuchnię, prysznice, sanitariaty i darmową samoobsługową saunę oraz pierwsze sprawne i darmowe Wi-Fi z jakim się tu spotkałem.

Nie samym jednak luksusowym campingiem człowiek żyje. W Hasle żyje się śledziem zwanym „Bornholmerem”, czyli wędzonym na ciepło. Budynek na zdjęciu to wędzarnia. Duża, bo są też małe. Charakterystyczne kominy wystają właściwie z każdego przydomowego ogródka, a miejscowa ludność wędzi na potęgę i trzeba im przyznać, że wiedzą co robią. Śledź bornholmski, w przeciwieństwie do podawanego w Polsce nie jest kwaśny od octu, mdły od śmietany czy słony jak diabli lub zalany olejem. Miejscowy śledź smakuje jak normalna morska ryba. Ok, jak bardzo smaczna morska ryba. Fenomenalna wręcz. Miejscowy przysmak nazywa się „Sol over Gudhjem” i składa się nań rzeczony śledź z drobno krojoną cebulą i rzodkiewką, podawany na ciemnym lieczywie i polany surowym żółtkiem jajka. Mistrzostwo świata, naprawdę.
Po śledziu poprawiliśmy wędzoną makrelą z czosnkiem.
A całości pięknego obrazka dopełniło miejscowe piwo. Na Bornholmie jest jeden browar i jest dobry.

Po obiedzie El zdecydowała, że to jednak są wakacje, a nie wyczyn sportowy i należy jej się relaks z książką w promieniach słońca. Pełna racja. Ja wiedziony wrodzoną ciekawością ruszyłem do portu na poszukiwanie materiału do zdjęć. Pochodzę z Gdańska. Wiem, że w portach zawsze jest co fotografować.

Dziś zasypiamy spokojni. Jutro 15 km marszu do Allinge (miasto na północnym krańcu wyspy) z przerwą na zwiedzanie wielkiego zamku nad urwiskiem zwanego Hammerschus. Byłbym zapomniał, nasz namiot wygląda dziś tak: