Główny Szlak Beskidzki, film

Reklamy

Główny Szlak Beskidzki, dzień 5… i ostatni

Przedostatnie zdanie z poprzedniego dnia okazało się prorocze. Przeciążyłem prawe kolano. Noc spędzona w łóżku nie pomogła. Ból się wzmagał, a staw tracił mobilność. Nieco ponad godzinę po wyjściu ze schroniska nie mogłem już iść. Kuśtykając na lewej nodze i kijkach wróciłem do Cisnej, a później do Warszawy. Po 5 dniach i około 70 km przygoda dobiegła końca. Pora odświeżyć znajomość z ortopedą 😦

Edit: lekarz twierdzi, że nic mi nie będzie. Mam tylko odstawić bieganie, łażenie, noszenie ciężarów i generalnie oszczędzać kolano przez 2 tygodnie. Niełatwa sprawa kiedy mieszka się na 4 piętrze budynku bez windy. Na szczęście nie wykluczył basenu.

Główny Szlak Beskidzki, dzień 4

Na początek był autostop. Złapany po 10 minutach i w drugim podejściu. Podwiozła nas para z Gdańska. W ogóle sporo tu widzę gdańskich rejestracji. Dla El był to pierwszy stop w życiu i mimo tego, że trwał tylko 3 km, jest powodem do dumy i pochwalenia się siostrom. Podjechaliśmy z Wetliny do Smereku, czyli wioski, którą nasz czerwony szlak przecina i za którą znów wchodzi w las.

Cali mokrzy i wycieńczeni wdrapaliśmy się potwornie stromym podejściem na Fereczatę (1102 m.n.p.m.), dalej na Okrąglik (1101 m.n.p.m.), przez który przebiega polsko-słowacka granica, Jasło (1153 m.n.p.m.) i Małe Jasło (1097 m.n.p.m.) żeby długim i jedynie nieco mniej stromym zejściem osiągnąć Cisną. Cisna to taka Jastarnia, albo Jurata, tylko bez morza. Wszędzie mnóstwo plastikowego badziewia, okularów przeciwsłonecznych, świecidełek, dzieciaków i ludzi w japonkach wędrujących od baru do baru. Zrobiliśmy zapasy słodyczy (z obliczeń wynika, że jutrzejszy nocleg wypada nam w bazie namiotowej w środku lasu) i ruszyliśmy do Bacówki pod Honem. Na miejscu dosuszyliśmy namiot, ale postanowiliśmy dziś w nim nie spać i dogodzić sobie noclegiem w łóżku, a może i odcinkiem serialu. Na razie siedzimy w świetlicy i zapoznajemy się z ofertą gastronomiczną. Powoli schodzą się ludzie, ale ogólnie jest tu raczej pusto. Boli mnie kolano i zanosi się na deszcz. Przeszliśmy dziś 18 km, a od początku trasy ponad 60.

Główny Szlak Beskidzki, dzień 3

Namiot przetrwał burzę i spisał się na medal. Tyle tylko, że tropik był mokry z obu stron i nie zapowiadało się na szybkie wyschnięcie, prognoza pogody zapowiadała nocą kolejny deszcz, a zaplanowany na dziś nocleg wypadał w wiosce oddalonej o 3 km. Postanowiliśmy zmodyfikować plany i wejść na Połoninę Wetlińską od zachodniej strony, wejściem orzez Przełęcz Orłowicza (1099 m.n.p.m.) i bez plecaków. Pomysł był sprytyny, ale wiązał się z taplaniem się w straszliwym błocie przez pierwszą godzinę drogi i wędrówką w gęstej mgle. Z tym drugim akurat jesteśmy obyci po przygodach w Tatrach, ale błoto wyjątkowo drażniło.

Na górze szło już sprawnie. Pokonywaliśmy kolejne hale i w południe trafiliśmy do Chatki Puchatka, sławnego schroniska bez wody, prądu i z toaletą na zewnątrz, w którym śpi się na strychu i które oferuje ponoć najlepsze wschody słońca w Bieszczadach. Może innym razem.


O 13:20 byliśmy spowrotem w Brzegach Górnych, z których wróciliśmy busem na camping w Wetlinie. W tym czasie zrobiło się słonecznie i namiot wysechł. Dłuższą chwilę zajęło nam zrobienie prania i przygoda z urządzeniem zwanym „butomyjką”, które okazało się być metalową balią ustawioną pod małym kranikiem, ale ostatecznie mogliśmy zająć się odpoczynkiem i korzystaniem ze słońca. Do obiadu podeszliśmy budżetowo. Ze sobą mieliśmu puree ziemniaczne w proszku (pozostałość z Wyprawy na Bornholm), lokalny sklep zapewnił ćwikłę i kawałek kiełbasy. Obróbka termiczna nastąpiła na naszej nowej kuchence turystycznej, a efekt całego przedsięwzięcia widać na zdjęciu poniżej.


Reszta dnia minęła nam na czytaniu i wędrówce wzdłóz rzeki. Poczyniłem także obserwację, zgodnie z którą najbardziej popularne w miejscowych sklepach i barach piwo to „Leżajsk”, ale da się dostać w zasadzie wszystkie popularne marki. Lokalny craft to „Ursa Maior”. Rano definitywnie opuszczamy to miejsce. Czas nam w dalszą drogę.

Główny Szlak Beskidzki, dzień 2

Nie podzieliłem się tym wcześniej, ale jestem fanem twórczości małżeństwa Centkiewiczów, którzy napisali cały stos książek o podboju rejonów arktycznych. Bardzo gorąco (zabawne słowo w kontekście ich tematyki) wszystkim polecam. Ze sobą mam w tej chwili „Fridtjof, co z ciebie wyrośnie?”, biografię Fridtjofa Nansena (przeciekawa postać). Książka opowiada akurat o pierwszej w historii pieszej wyprawie w poprzek Grenlandii. Dość powiedzieć, że bohaterowie spędzili na wędrówce wiele tygodni, prawie poumierali z głodu (opisy tego, że da się zrobić zupę z pokrojonych na paski skórzanych butów są bardzo obrazowe), a w namiocie mieli średnio -30 stopni C. Rzecz miała miejsce pod koniec XIX wieku. Przestaję już bluzgać na swój śpiwór i na zimno.

Dzisiejszy dzień minął pod znakiem rozsądnych wyborów i późniejszego zachwytu nad ich skutkami. Szliśmy tylko 4 godziny i przeszliśmy około 8 km. Po drodze zaliczyliśmy bardzo strome podejście i równie strome zejście. Sama Połonina Caryńska (w najwyższym miejscu 1297 m.n.p.m.) oczywiście wyglądała cudownie, a widok dookoła był wyjątkowo malowniczy, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że już to wszystko wczoraj widziałem. Zeszliśmy w dolinę krótko po południu i przeliczywszy dalszą trasę ustaliliśmy, że jej pokonanie zajmie nam ponad 6 godzin. Jeśli wejdziemy ponownie w góry, to nie wrócimy przed wieczorem, do przejścia dojdzie nam kolejne spore przewyższenie, a namiot nie wyschnie. Mogliśmy, co prawda jedynie rozpocząć tę część trasy i po około 2 godzinach zatrzymać się na noc w Chatce Puchatka, ale przyszło mi to do głowy już po podjęciu decyzji. Zamiast tego przegryźliśmy coś z budki prowadzonej na uboczu przez sympatyczną stdarszą panią i busem złapanym na leśnym parkingu zjechaliśmy do Wetliny.


W miejscowości Wetlina znajduje się camping PTTK, położony nad rzeką Wetliną, który jest absolutnie idealny. Zadbany, czysty, prowadzony przez przesympatycznych ludzi, oferujący smaczną i obfitą kuchnię, a wszystko to w bardzo przystępnych cenach. Na miejscu grupa młodzieży w grała drużynowo w różne drinking games, nad rzeką przewieszona była lina, do której uwiązany był pomost kąpielowy, a przy barze za uśmiech rozdawane były owoce.

 

Oszamaliśmy powitalną śliwkę, rozbiliśmy namiot na zielonym trawniku i poszedłem zanurzyć się w rzece. Wytrzymałem może minutę, bo temperatura wody chyba nie specjalnie odbiegała od progu zamarzania, ale uczucie było fantastyczne. Poczułem, że jestem na wakacjach.


Dostrzegłem jeszcze wygodną drewnianą huśtawkę, miejsce na ognisko i grilla, boisko do siatkówki, darmowy stół z piłkarzykami, salę do ping-ponga, świetlię z wygodnymi kanapami, a do tego sporo ławek i parasoli. Nic tylko siedzieć tam i chillować. Krótko później kelner oznajmił, że „kucharce się machnęło” i na stół wjechało na tależu niespełna pół kilo smażonego sera. Frytki i surówki jako side. Jadłem, piłem, grzałem się w słońcu. Nawet Wi-Fi jakoś działało. W tle leciał rock n’ roll. Znalazłem swoją Ogygię.


W nocy przyszła burza. Wiatr szarpał namiotem, deszcz bił o tropik, który co chwilę rozjaśniały błyskawice. Trzask grzmotów wyraźnie się zbliżał. Początkowe wątpliwości na temat zdolniści namiotu do przetrwania tej nawałnicy pokonało wreszcie zmęczenie. Nie wiemy kiedy zasnęliśmy. Burze w górach robią niesamowite wrażenie. Jedyna porównywalna sytuacja, to burze na morzu, ale o tym w innym odcinku.

Fun fact: żeby wysłać ten post musiałem wyjśc z campingu i pójść szosą pod miejscowy sklep. Wi-Fi zawiodło, a pod sklepem jest sieć 4G.

Główny Szlak Beskidzki, dzień 1

Zimno, znowu, k#^*a zimno. Początek lipca, a spaliśmy we wszystkich ciuchach, które mieliśmy w plecakach. Co prawda według prognozy była to najzimniejsza noc w tym okresie i dalej będzie już cieplej, ale postanowiliśmy jednogłośnie, że dziś śpimy pod folią NRC. Poza zimnem, porannym kłopotem okazała się rosa i brak słońca. Namiot był mokry. Nie w środku, ale pod podłogą i na wewnętrznej stronie tropiku. Kondensacja pary wodnej to normalna sprawa w namiocie, ale akurat teraz utrudniła poranny wymarsz. Nie uśmiechało mi się nosić mokrego namiotu, a tym bardziej zasypiać w takowym. Na szczęście na nocleg dotarliśmy wcześnie, a intensywne słońce do spółki z silnym wiatrem wysuszyło to, co nie zdążyło przeschnąć w czasie śniadania. Ale o tym za chwilę.

Wbrew szumnym zapowiedziom, zamiast o 7 wyszliśmy o 08:30. Trochę się tego spodziewałem. Obudzić się w namiocie nad ranem to nie problem. Problemem było zimno i wspomniana wcześniej wilgoć. Dopóki słońce nie nagrzeje trochę powietrza, opuszczanie śpiwora urasta do rangi niemożliwości. Tak jak pisałem wcześniej, za Wołosatem droga się kończy. Przez kilkaset metrów jest jeszcze jakaś szutrówka prowadząca do wejścia do parku narodowego i odbijająca w stronę mostku stanowiącego granicę z Ukrainą, ale dalej to już leśny dukt. Co ciekawe, nie przeszkadzało to wcale wielkiemu wojskowemu Starowi, który rycząc potężnym dieslem piął się w górę z ładunkiem żołnierzy na pace. Zasięgu nie mamy, wieści do nas nie docierają, ale wojny to chyba jednak nie ma, co? Po dłuższej chwili Star wrócił bez ładunku. Nie napotkaliśmy wojaków na szlaku, po czym wnioskuję, że musieli wejść w dziki las. Po drodze mijaliśmy też dziwne małe niby-kapliczki w postaci deski z małym daszkiem, krzyżem i wymalowanym rzymskim numerem. Przy trzeciej zorientowaliśmy się, że to stacje drogi krzyżowej. Podejście było na tyle strome i męczące, że uznałem kontekst sytuacyjny za adekwatny. Minęli nas także strażnicy graniczni na quadach, ale nie wzbudzili już takich sensacyjnych spekulacji. Trochę im tylko zazdrościłem, że mają transport.

Transportu wystarczyłoby jeszcze na jakieś 4 km, bo później szlak ostro odbił z kierunku wschodniego na północno-zachodni i zaczął się stromo wspinać. Po chwili wdrapaliśmy się na Rozsypaniec (1282 m.n.p.m.), z którego rozciągała się przepiękna panorama na stronę Ukrainy. Potwierdzam, że wszystko, co pisze się o urodzajności tych terenów, to prawda. Zieleń aż biła w oczy. 


Oczywiście poza tym, że zielono, było też stromo i męcząco. Szliśmy przez Halicz (1333 m.n.p.m.) i trawersowaliśmy Kopę Bukowską na wysokości 1240 m.n.p.m., aby dotrzeć na siodło pod Tarnicą, mijając wcześniej letnią bazę GOPR, w postaci zadaszonej, drewnianej altanki ze stołem i ławami z bali dookoła. Ślady ogniska świadczyły o tym, że ktoś tu nocował. Sama Tarnica, najwyższy szczyt polskiej części Bieszczadów (1346 m.n.p.m.), okazała się być kurnikiem. Wszędzie pełno tam było turystów, wycieczek, dzieci, psów i hałasu. Po szybkim selfiku pod krzyżem (coś, jak ten na Giewoncie) ruszyliśmy w dół.


Piszę, w dół, bo zmierzaliśmy już do położonych w dolinie Ustrzyk Górnych na nocleg, ale szlak oczywiście obniżał się falująco, prowadząc to w górę, to w dół. Kostki bolały niemiłosiernie. Kolana miały konsystencję galarety. Co chwilę potykałem się o wystające kamienie bluzgając pod nosem na czym świat stoi i życząc im długiej i bolesnej śmierci. Tak, wiem, że kamienie nie są żywe. Na campingu w Ustrzykach stanęliśmy o 15:30. Wyszło równych 7 godzin marszu, dokładnie tyle ile pokazywał przewodnik, choć trzeba zaznaczyć, że przewodnik twierdzi, że nie uwzględnia postojów. Przeszliśmy 24 km.

Namiot stanął i dosechł w chwilę. Ja przygotowałem resztę wyposażenia noclegowego (karimaty i poduszki mamy dmuchane), a El zorganizowała posiłek. Fasolka po bretońsku ze słoika, odgrzana na przenośnej kuchence gazowej, zagryziona wczorajszym chlebem okazała się całkiem znośna. W nagrodę było zimne piwo. Jutro ruszamy na Połoninę Caryńską, do Chatki Puchatka, a docelowo do Wetlic, spróbować przysmaków słynącej na cały kraj Chaty Wędrowca.


Fun fact: wpis na bloga piszę pół-stojąc na podłodze i pól-siedząc częścią tyłka na umywalce po to, aby kabel ładowarki sięgnął do gniazdka w campingowej toalecie. Doceńcie. 

Główny Szlak Beskidzki, dzień 0

Na początek lipca wypadła nam realizacja planowanej od kilku miesięcy koncepcji zmierzenia się z Głównym Szlakiem Beskidzkim. Wybraliśmy drogę na zachód, zaczynającą się w Bieszczadach i biegnącą w stronę Beskidu Śląskiego. Szlak oznaczony jest kolorem czerwonym i liczy sobie w całości około 500 km. Zaplanowaliśmy przejście z namiotem i dwoma plecakami po 10 kg, odstępując tym razem od niesienia ze sobą żywności (poza żelaznym zapasem na wypadek noclegu w lesie) na rzecz kupowania jej po drodze. Do wykorzystania mamy 13 dni, więc nie zakładamy przejścia całości trasy, ale nie stanowi to naszego celu.


Z Warszawy wyruszyliśmy w poniedziałek 3 lipca o 5 rano, co było o tyle bolesne, że w nocy z soboty na niedzielę byliśmy na weselu naszych serdecznych znajmoych we Wrocławiu. Nieprzespaną noc poprawiliśmy nocą zarwaną. Wakacje, nie ma co. Podróż minęła bez przygód. O 13 nasz PKS osiągnął z niewielkim opóźnieniem Ustrzyki Górne. Szybko przesiedliśmy się do miejscowego busa i przed 15 dotarliśmy do miejscowości Wołosate (najdalej na południe położona miejscowość w kraju), w której zaczyna się nasza przygoda. Rozstawiliśmy namiot, znaleźliśmy karczmę, mały sklepik i stadninę, która fachowo nazywa się Hodowlą Zachowawczą Konia Huculskiego. Wyprawa na pastwisko, w celu przyjrzenia się tym zwierzętom z bliska nieomal skończyła się stratowaniem nas przez zbiegający ze zbocza tabun. Przytomnie uciekliśmy koniom z drogi i schowaliśmy się za jakimś słupem. Pluję sobie w brodę, że w biegu nie zdążyłem wyszarpnąć z kieszeni telefonu. Byłby z tej sytuacji świetny film.

Konie zmieniły pastwisko, a my poszwendaliśmy się jeszcze chwilę po okolicy, której nie było za wiele ponieważ na całe Wołosate zdaje się składać może z 10 domów stojących w pięknej, cichej dolinie, wzdłóż ulicy urywającej się krótko za ostatnim z nich. Prawdziwy, uroczy koniec świata. Zasięgu GSM oczywiście całkowicie brak. Zmęczenie podróżą i niewyspanie dają o sobie znać, więc pewnie przyjdzie nam zasnąć przed zachodem słońca. Dobrze, z samego rana ruszamy na szlak.