Islandia, zdjęcia

Wielkie dzięki za wspólną wyprawę dla naszych przyjaciół z betweenkilometers.com

IMG_3914

IMG_4360

IMG_0887 1

IMG_3952

IMG_5366

IMG_4096

IMG_4197

IMG_4222

IMG_4328

IMG_4426

IMG_3955

IMG_4590

IMG_4665

IMG_4937

IMG_4112

IMG_5353

IMG_4957

IMG_5013

IMG_5020

IMG_5094

IMG_5143

IMG_5162

IMG_5198

IMG_5206

IMG_5157

IMG_5207

IMG_5326

IMG_5338

IMG_5361

IMG_5212

IMG_5373

Reklamy

Islandia, dzień 7

Dziś postanowiliśmy się wyspać. Skutek tego był taki, że zamiast o zwyczajowej już 8, zwlokłem się z łóżka o 11. Wciąż grubo przed wschodem słońca. Każdy robił co chciał. Na nic się nie umawialiśmy. W ruch poszły fejsbuki, netflixy i vifony. Odbyliśmy z El niespieszny spacer wokół Siglo dla odetchnięcia świeżym powietrzem, a wieczorem były filmy z bogatej biblioteki hostelu zakupione pewnie hurtem na wyprzedaży z jakiejś wypożyczalni.

Próbowaliśmy też lokalnego piwa, nabytego w miejscowym Vínbúðin. Z alkoholem na Islandii jest w ogóle dziwna historia. Na początku XX wieku, idąc śladem USA, zdelegalizowano go tu całkowicie wprowadzając prohibicję. Zakaz zupełny utrzymał się jednak tylko do 1921 roku, kiedy to na skutek bojkotu importu islandzkich ryb prze Hiszpanię, której przeszkadzało, że nie może bilansować go eksportem swojego wina, ten właśnie runek został objęty wyjątkiem. W 1935 roku uchylono zakaz w stosunku do pozostałych alkoholi. Nielegalne pozostało natomiast aż do 1989 roku piwo o zawartości alkoholu powyżej 2,25%. Regulacja taka miała być ustępstwem wobec środowisk konserwatywnych, które uważały, że tani i łatwo dostępny alkohol jest źródłem wszelkiego zła. Pomysłowi islandzcy barmani radzili sobie z sytuacją, w ten sposób, że do legalnego słabego piwa zaczęli wlewać legalną mocną wódkę otrzymując piwopodobnego drinka. Ot, przedsiębiorczość. Do dziś jednak alkohol można nabyć tu jedynie w państwowych sklepach porozmieszczanych rzadko, otwartych krótko i zaopatrzonych raczej skromnie. Sytuację ratuje fakt, że do swojego lokalnego Vínbúðina można zamówić dostawę z szerokiej oferty online, ale piwa i tak widziałem tylko 0,33 l. Specyficzne jest w tym kontekście także rozumienie pojęcia lokalności. Zapytana o miejscowe piwa (na myśli miałem piwa islandzkie), pani ekspedientka, spośród kilkunastu widocznych rodzajów wskazała dwa pochodzące bezpośrednio z Siglofjordhur. Pozostałe okazały się być tworami browarów jak najbardziej islandzkich, ale położonych kilkadziesiąt kilometrów dalej. Nie wiem, czy to przypadek, ale jeśli nie, to sytuacja pięknie wpisuje się w romantyczne wyobrażenie o odosobnionych, samowystarczalnych, niezależnych i samodzielnych osadach dalekiej północy, gdzie wszyscy wszystko mają swoje i niczego nie potrzebują z zewnątrz.

Z innych ciekawostek, które tu zaobserwowałem, nie sposób nie wspomnieć o światełkach. We wszystkich osadach, przez które przejeżdżaliśmy nie było ani jednego zamieszkałego domu (zdarzają się tu domy opuszczone), który nie byłby ozdobiony kolorowymi, świątecznymi lampkami. Nie było w tym jednak o dziwo żadnego kiczu ani przesady. Lampek było akurat tyle, żeby było uroczo, ale nigdy tyle żeby zalatywałosztucznością i plastikiem. Poza podświetlonymi domami były też świecące cmentarze. W pobliżu osad, przez które przejeżdżaliśmy znajdowały się małe cmentarze, na których prawie wszystkie krzyże miały lampki i świeciły w nocy. Nie są to może Powązki w zaduszki, ale wyglądało to ciekawie ponieważ krzyże były jednego typu i przez to zachowywały spójność. Nie było tam pstrokacizny. Dodatkowo, na zboczu góry nad daną miejscowością świecił się ułożony z żarówek „2018”. Data zmieniła się oczywiście z „2017” o północy w sylwestra. Takie i inne rozkminy towarzyszyły mi tego leniwego dnia. Przed zaśnięciem posprzątaliśmy po sobie i spakowaliśmy się. Jutro przed nami długa droga.

W nocy zaczął padać śnieg.

Islandia, dzień 5

Dziś było polarnie. Lód, śnieg, niskie, odległe słońce. Piękne krajobrazy, piękne światło do zdjęć. Droga wypadła nam w znacznej części tą samą trasą, co wczoraj, więc skorzystaliśmy z okazji i zatrzymaliśmy się po przeciwnej stronie Goðafoss, która okazała się być wielokrotnie ładniejsza i bardziej fotogeniczna oraz przy śmierdzących kominach Hveriru.

Przygoda zaczęła się jednak chwilę później, kiedy zjechaliśmy z asfaltowej drogi w szutrówkę prowadzącą do wodospadu Dettifoss – potężnego potwora, przez którego przelewa się prawie 200 m3 wody na sekundę. Do samego wodospadu można dojechać dwiema drogami biegnącymi równolegle wzdłuż rzeki. Wschodnia była zamknięta i nieprzejezdna. Przed zachodnią stał znak ostrzegając, że „if you drive past this barrier and problems occur, assistance may entail substantial expenses„. Ruszyliśmy przed siebie trochę z duszą na ramieniu. Samochód parł powoli wydrążonymi w śniegu koleinami i od czasu do czasu szorował podwoziem gdy brakowało prześwitu. Droga łagodnie pięła się w gorę, a śniegu przybywało. Do przejechania w ten sposób było około 30 km. Pod koniec drogi, na szczycie podjazdu, wypatrzyliśmy zakopany w śniegu jadący z przeciwka samochód. Jechał, cofał, kręcił się i nie mógł wyjechać. Zanim jednak zdążyliśmy dotrzeć z pomocą, wygrzebał się i powstała konieczność minięcia się dwóch pojazdów. Przy okazji wypytaliśmy jadącą w nim parę o warunki drogowe. I wtedy zaczęły się kłopoty. Na lodzie koła straciły przyczepność, napęd 4×4 się przegrzał i samochód kręcił nimi w miejscu. Pod wzniesienie nie dało się już podjechać. Po rozważeniu sytuacji cofnęliśmy się. Jutro spróbujemy wjechać od północy.

W drodze powrotnej wykluł się natomiast pomysł, żeby odbyć nocną kąpiel w znanym nam już gorącym źródle nad morzem. W hostelu spędziliśmy około godziny. Szybki obiad, przepakowanie i już pędziliśmy do Grettislaug. Na miejscu byliśmy sami. Było zimno i bezchmurnie. Księżyc świecił jak szalony, gwiazdy błyskały, a woda w źródle była gorąca. Czas na relaks.

Islandia, dzień 3

Misja na dziś: kąpiel w gorącym źródle. W promieniu 150 km zlokalizowaliśmy 3 i po porannym warm mushu ruszyliśmy w drogę. Przez zamieć śnieżną. Jakoś tak wyszło, że sypało. Sypało bardzo intensywnie, drogi były oblodzone i zaśnieżone. Przynajmniej na północy. Nic to. Poradzimy sobie.

Trasa wiodła podnóżami gór i brzegiem morza wszystko wokół było na zmianę biało-granatowe i biało białe. W co bardziej malowniczych miejscach zatrzymywaliśmy się na zdjęcia. Poza pejzażami i zdjęciami z naszym wyjątkowo fotogenicznym samochodem udało nam się również obfotografować miejscowy gatunek koni pasących się przy drodze. W trasie jak zwykle pierwszego stycznia słuchaliśmy Trójkowego Topu Wszech Czasów.

Do pierwszego źródła nie dotarliśmy. Dojazd wymagał przejechania brodem przez częściowo tylko zamarzniętą rzekę, a w wypożyczalni wielokrotnie powtarzano nam, że ubezpieczenie nie obejmuje zniszczeń powstałych na skutek przeprawiania się przez rzeki i kosztów wyciągania aut z wody. Rzek tu dużo i brodów też sporo, a część tras faktycznie wymaga przeprawy. Odpuściliśmy.

Drugie podejście uwieńczone zostało pełnym sukcesem. Grettislaug, bo tak się owo źródło nazywało, obejmowało dwa osobne zbiorniki, o różnej temperaturze mieszczące do kilkunastu osób. Położone było nad samym morzem, a w tle od strony lądu wyrastało za nim masywne zbocze jakiejś samotnej góry. Ze względu na zamknięty przejazd zostawiliśmy samochód 2 km od źródła (jak się później okazało niepotrzebnie) i dotarliśmy na miejsce spacerem. Po drodze obszczekały nas nieprzyjemnie wyglądające psy, które wybiegły zza zabudowań jakiejś farmy. Po chwili dotarliśmy na miejsce. W pobliżu było nieczynne pole kempingowe i kilka domków letniskowych, a także zamknięta na zimę kawiarnia, toalety i przebieralnia na powietrzu. Temperatura wody osiągała cudowne 43 stopnie. Kąpiel tak przyjemnie rozgrzewała, że idąc śladem localsa, którego zastaliśmy na miejscu, dla wyrównania intensywności bodźców położyliśmy się nago na śniegu. El nawet weszła do morza.

Po kąpieli udało nam się wrócić z poznanym w wodzie Islandczykiem na stopa, a w drodze dowiedzieliśmy się, że to Niemiec, który na Islandię przeniósł się za dziewczyną, i który zna naszego landlorda, co ponoć nie jest niczym niezwykłym, bo na Islandii wszyscy się znają, a większość ludzi jest też spokrewniona. Droga powrotna minęła nam w błogim poczuciu rozluźnienia.

W nocy z dachu z wielkim hukiem zjechała 30-centymetrowej grubości warstwa śniegu.

Islandia, dzień 2

Wyspaliśmy się. Tym razem był hostel zamiast namiotu, więc nie marzliśmy w nocy. Pusty hostel w górach zimą. Ala trafiła w sedno stwierdzając, że to spanie wprost z „Lśnienia”. Siglo Harbour Hostel to przerobiony dwupoziomowy, dawny warsztat samochodowy. Ciepły, wygodny i przestronny. Klatka schodowa trochę zalatuje benzyną, ale klimat jest świetny. Jest nawet pianino (nie ma w nim niestety żadnego źródła ognia, co będzie mieć znaczenie w przyszłości). I mamy go w całości dla siebie. Wyspaliśmy się za wszystkie czasy. Cisza panująca dookoła była niesamowita.

O 8 nadal było ciemno. O 10 poszliśmy na poranny spacer po najbliższej okolicy i wciąż było ciemno. W porcie czuć było rybą. Po okolicy kręcili się pojedynczy ludzie. Ciemno było aż do wschodu słońca wypadającego około południa, kiedy to spożywszy ulepszoną wersję warm musha, wyruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Ciemność nie zmieniła się jednak w jasność. Przeszła tylko w dziwną szarość uniemożliwiającą stwierdzenie jaka właściwie jest pora dnia. Uznaliśmy jednogłośnie, że wrócimy stąd z rozregulowanym zegarem biologicznym.

Wdrapaliśmy się na coś w kształcie zapory przeciwlawinowej, oddzielającej zbocza najbliższych wzgórz od miasta i podziwialiśmy panoramę. Olga próbowała lepić bałwana, ale śnieg był zbyt sypki. Udało nam się natomiast kilkukrotnie wpaść w zaspę, zrobić aniołki (frozen hobos) i poskakać po śniegu. Udało się też zrobić kilka zdjęć i poczynić dwa praktyczne spostrzeżenia. Pierwsze jest takie, że zimą nie gasi się tu silników podczas krótkiego postoju. Pod miejscowym supermarketem stało kilka aut, wszystkie odpalone, z kluczykami w stacyjkach. Nawet z włączonymi światłami. Brakowało kierowców i pasażerów. Robili zakupy. W sumie rozsądnie. Częste odpalanie zimnego silnika przy dwucyfrowym mrozie to pewien sposób na szybkie kłopoty z akumulatorem, a samochodu i tak nikt nie zabierze, bo to przecież jednak wyspa. Nie mówiąc już o tym, że wszyscy wszystkich znają. Druga obserwacja była taka, że zupełnie inaczej pojmuje się tu opony zimowe. Człowiek, który wypożyczał nam auto zapytany o łańcuchy na koła, wzruszył ramionami i odpowiedział, że Islandczycy ich nie stosują, że nie ma zwyczaju i że zupełnie wystarczą zimowe opony. Kiedy pędziliśmy wczoraj nocą po lodzie i śniegu przepisowe 90 km/h samochód prowadził się świetnie, ale uznałem to za zasługę napędu 4×4. Dziś, po bliższych oględzinach, okazało się, że po islandzku „winter tires” to opony z kolcami. Niewielkimi, ale jednak świetnie sprawdzającymi się w tych warunkach. Kolce to jednak zupełnie co innego niż „zimówki” po polsku. Postanowiliśmy z Łukaszem, że pora przy najbliższej okazji poszaleć i sprawdzić jak będzie się nasz samochód zachowywał w poślizgu.

Po zwiedzaniu była kolacja. Na kolację były liofilizaty, a później sylwestrowy wieczór. Islandczycy mają fioła na punkcie fajerwerków więc strzelali i hałasowali przez cały wieczór. Wyglądało to świetnie. Obchodziliśmy kolejno sylwestra białoruskiego, polskiego i miejscowego ze względu na różnicę czasu. Olga wywołała wielkie poszukiwania ognia kiedy oświadczyła, że na Białorusi jest w zwyczaju spisywać w sylwestrowy wieczór na małej kartce życzenia, które następnie należy o północy podpalić, ugasić w kieliszku szampana i wypić tak sporządzony napój aby zapewnić spełnienie życzenia. Nikt z nas nie miał zapałek ani zapalniczki. Rozważaliśmy wywołanie spięcia w instalacji elektrycznej, ale szkoda nam było utraty prądu w domu. Rozważaliśmy zapalenie papieru w tosterze, ale szkoda nam było tostera. Wreszcie odpuściliśmy. Olga poinformowała, że w nocy z 13 na 14 stycznia też się liczy. Krótko po ostatniej północy padliśmy do łóżek zmęczeni i zmarznięci od wędrowania nocą po miasteczku.

Islandia, dzień 1

To była wyjątkowo spontaniczna decyzja. Pewnego pięknego dnia Łukasz zapytał, czy mamy plany na sylwestra i czy chcemy polecieć na Islandię zobaczyć zorzę polarną, bo akurat pojawiła się atrakcyjna oferta. To był początek listopada. Przed końcem dnia mięliśmy już bilety lotnicze, nocleg na skraju wyspy i zarezerwowany samochód. Rozpoczęło się nerwowe wyczekiwanie i przygotowania (głównie research i kupowanie jak najcieplejszych ciuchów). Zobaczenie na własne oczy zorzy polarnej zajmuje wysokie miejsce na naszych bucket listach.

Dziś jest 30 grudnia 2017 roku. Późno w nocy. Po 4 godzinnym locie Wizzairem z Gdańska opuściliśmy właśnie Reykjavik i pędzimy drogą nr 1 w stronę naszej bazy wypadowej w Siglufjördur – małej rybackiej osadzie, położonej 400 km na północ od stolicy.

Droga nr 1 to szczególna trasa. Zatacza pętlę wokół całej wyspy, jest asfaltowa, dobrze utrzymana i całorocznie przejezdna (co do zasady). W kraju, w którym znaczna część dróg to szutry zamykane na sezon zimowy, albo takie, których przejezdność jest całkowicie zależna od pogody i gdzie lepiej nie opuszczać zimą miasta bez napędu na cztery koła, dobra droga robi różnicę. Powinniśmy być na miejscu przed 2 w nocy. Jeśli nie trafi nam się lawina, stado koni albo inna typowa dla tych rejonów przeszkoda drogowa.

Trasa wije się i kręci. Początkowo biegła wzdłuż wybrzeża, później 6-kilometrowym podwodnym tunelem biegnącym pod dnem fiordu, następnie odbiła w stronę lądu i zewsząd otoczyły ją strome pagórki i wzniesienia. Wszędzie dookoła zalega cienka warstwa śniegu odbijająca światło księżyca. Noc jest bardzo jasna, a widoczność dobra. Brakuje natomiast jakiejkolwiek wyższej roślinności. Przebijająca spod śniegu trawa i pojedyncze krzaki to wszystko, co widać. Nie ma lasów, nie ma nawet pojedynczych drzew. Nic. Jak na wulkaniczną wyspę przystało, krajobraz jest przysłowiowo księżycowy, co przypomina mi anegdotę. W rejonie jeziora Myvatn, które zamierzamy zobaczyć, w latach 60’ XX wieku, astronauci programu apollo ćwiczyli przed lotem na księżyc poruszanie się i prowadzenie badań geologicznych, ze względu na podobieństwo tego trenu do powierzchni ziemskiego naturalnego satelity.

Osiągnąwszy północny skraj wyspy, nasza trasa odbija na wschód. Opuszczamy jedynkę i ostatnich 150 km pokonujemy wzdłuż brzegu dookoła fiordów. Widok jest niesamowity. Wielkie białe góry wyrastają wprost z czarnego morza. Wszystko skąpane w srebrnym blasku księżyca. Koniecznie trzeba tu wrócić za dnia. Szkoda tylko, że dzień na Islandii trwa teraz tylko od 11 do 15.

img_0656

Zdjęcie wykonane o 10:46 rano. Światło zastane.