Szlakiem Orlich Gniazd, dzień 6

Wymarsz na ostatni etap wędrówki nastąpił o 06:45 rano. Przeszliśmy szybko przez centrum Ojcowa pod miejscowy zamek – ostatni na naszej trasie. Na miejscu okazało się, że nie tylko my mieliśmy problem z noclegiem w tej miejscowości – podobni nam wędrowcy spędzili noc śpiąc w śpiworach na ławkach w parku. Na miejscu zjedliśmy szybkie śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę nie czekając na otwarcie obiektu, przewidziane dopiero na godz. 9. Późniejszy research powierdził, że nie miał on zbyt wiele do zaoferowania.

IMG_1928

IMG_1926

Trasa wiodła na południowy wschod, doliną Prądnika. Ojców okazał się być większy, niż pierwotnie przypuszczaliśmy i niewymownie urokliwy. Okolicę zdobiły małe, kolorowe, drewniane domki i wille, otoczone ogrodami z przystrzyżoną trawą, kwiatami i wypielęgnowanymi drzewami. Rzeka zasila też ekologiczną hodowlę pstrągów „Pstrąg Ojcowski„, którą po latach zaniedbań i ruiny przywróciły do przedwojennej świetności nie mające pierwotnie jakiegokolwiek doświadczenia w hodowli ryb matka i córka – Magda Węgiel i Agnieszka Sendor. Miejscowy pstrąg jest zdrowy, niedrogi i ponoć wyjątkowo smaczny. W całej okolicy wszędzie jest zielono i przyjemnie. Dolinę rzeki z dwóch stron otaczają wysokie zalesione zbocza. Z upływem poranka zaczęli nas mijać rowerzyści i biegacze. Co jakiś czas przy drodze mignęła mała kawiarnia. Po jakimś czasie Ojców się skończył i ustąpił miejsca drzewom i łąkom. Po obu stronach szlaku wyrastały w niebo wapienne formacje skalne, jakieś skarpy i urywiska. Przydrożne znaki wskazywały leśne drogi w kierunku licznych jaskiń i punktów widokowych. Niedługo później natknęliśmy się na masywną i robiącą duże wrażenie Bramę Krakowską.

IMG_1940

IMG_1942

Po jakimś czasie ściany doliny zmalały, aby finalnie zupełnie zaniknąć. Wyszliśmy na otwarty teren, a następnie na drogę. Słońce grzało z bezchmurnego nieba niemiłosiernie. W końcu, po długim i męczącym wdrapywaniu się pod krętą i stromą drogę, o 10:30 zrzuciliśmy plecaki pod murem cmentarza przy kościele św. Idziego w Giebułtowie. Miejscowości znanej z tego, że pierwsze ślady osadnictwa datuje sie tu na neolit, a dla nas istotną o tyle, że wyznaczała półmetek dzisiejszej wędrówki. Wypiliśmy mnóstwo wody, zjedliśmy po lodzie, poleżeliśmy w trawie przez 45 minut i trzeba było znow założyć plecaki.

Szlak wiódł prosto przez przedmieścia Krakowa, zabudowane domami jednorodzinnymi, tak różne od przemysłowych przedmieść, którymi opuszczaliśmy Częstochowę. Przyglądali nam się zdziwieni naszym widokiem spacerowicze i rowerzyści. Wkrótce minęliśmy tablicę informacyjną z nazwą stolicy małopolski i przez osiedla mieszkaniowe, wzdłuż płotów będących w trakcie realizacji inwestycji deweloperskich, a później także przez skrzyżowania ze światłami i parki miejskie dotarliśmy do kresu naszej wyprawy – pętli tramwajowej „Krowodrza Górka”. Była 12:50. Po 6 dniach wędrówki ukończyliśmy 160-kilometrowy Szlak Orlich Gniazd. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie na mecie, daliśmy znać kibicującym nam rodzinom i znajomym i odkładając deliberacje na później, złapaliśmy najbliższy tramwaj na dworzec PKP. Dworcowa toaleta stała się świadkiem pośpiesznej tissue bath i zmiany ciuchów, po czym popędziliśmy na peron łapać pociąg do Warszawy odjeżdżający o 13:41. Około 16:00 byliśmy już w domu. Pralka męczyła się z brudnymi ciuchami, a my braliśmy na zmianę prysznic za prysznicem żeby zdrapać z siebie kurz i zmyć zmęczenie.

IMG_1945

I to już koniec przygody na Jurze. Pora zacząć planować kolejną wyprawę. Chcieliśmy też serdecznie podziękować Paulinie i Piotrowi za to, że szli z nami. Do następnego razu.

Reklamy

Szlakiem Orlich Gniazd, dzień 5

Zebraliśmy się szybko, korzystając z przerwy w deszczu. Dziś miało popadywać przez cały ranek, a może i po południu, więc każda chwila sprzyjającej pogody była cenna. O 07:20 byliśmy już w drodze. Zostawiliśmy Zacisze zbierajace się do śniadania i weszliśmy w las.

IMG_1904

Postanowiliśmy przyspieszyć nieco naszą wyprawę i dotrzeć dziś do oddalonego o 40 km Ojcowa, zahaczając po drodze o słyny zamek w Pieskowej Skale. Najpierw jednak przyszło nam zgubić drogę. Ot zwyczajnie. Wyszliśmy z lasu po srogiej wspinaczce w okolicy Jaroszowca, posililiśmy się lodami i postanowiliśmy, że zamiast wracać pod górę na szlak, przejdziemy przez wioskę na nieczynny dworzec kolejowy, w pobliżu którego szlak miał przecinać tory. Przecinał, tylko nie ten. Szybka konsultacja z tablicą informacyjną ujawniła, że czerwony szlak przeciął tory w innym miejscu, a przy dworcu biegnie jedynie zielony. Trudno, nie należy ufać internetom. Poszliśmy zielonym, który miał gdzieś dalej odnaleźć się z czerwonym i umożliwić nam powrót na właściwą drogę. Po chwili byliśmy już w rezerwacie „Pazurek”, a drogę przecięła nam duża sarna, która wprawiając nas w niemałe osłupienie przeskoczyła przez ścieżkę kilka metrów przed nami. Reszta leśnej wędrówki przebiegła bez niespodzianek i wkrótce odnaleźliśmy zamek w Rabsztynie.

IMG_1905

Wikipedia podaje, że zamek pierwotnie był konstrukcją drewnianą, a za czasów panowania Kazimierza Wielkiego został przebudowany na wersję murowaną. Zupełnie jak w przysłowiu. Z rabsztyńskim zamkiem wiąże się także hurrapatriotyczna legenda o śpiących rycerzach, którzy obudzą się w niedookreślonej przyszłości aby pokonać niesprecyzowanych wrogów ojczyzny. Zapewne wegetarian i cyklistów. Pomimo braku w legendzie wzmianek o skarbach, jedyna zachowana po potopie szwedzkim baszta została w XIX w. wysadzona w powietrzez przez domorosłych poszukiwaczy skarbów. Zapewne profilaktycznie. Sam zamek jest częściowo odrestaurowany i wciąż trwają na jego terenie prace odtworzeniowe. Ciekawostką są umieszczone w licznych miejscach na terenie zmaku kody QR, których zeskanowanie telefonem odsyła do audioprzewodnika z nagraną informacją o odpowiednim pomieszczeniu czy części zamku. Bardzo lubię tego typu rozwiązania. Szkoda, że podczas pieszej wędrówki zasilanie telefonu jest na wagę złota, co wyklucza korzystanie z podobnych ekstrawagancji. Obejrzawszy zamek rozłożyliśmy się nad jego fosą i spożyliśmy drugie śniadanie. El wypatrzyła też i wypytała o wrażenia z drogi znajomego wędrowca, z którym mijaliśmy się kilkukrotnie na trasie. Nie pamiętam imienia, ale określaliśmy go „ten, który szybko chodzi” dla odróżnienia od innej znajomej twarzy – człowieka „40 km dzienie”. Okazało się, że podobnie jak my, on też spędził tę noc w Bydlinie, tyle że zamiast pola namiotowego wybrał spanie „w jakichś krzakach przy drodze”. Ciekawych ludzi się tu spotyka.

Wkrótce potem złapaliśmy jakiś miejscowy bus, który podwiózł nas do pobliskiego Olkusza, skąd planowaliśmy przedostać się do Pieskowej Skaly. Oklusz okazał się być jednak odcięty od tej części świata, co zmusiło nas do spędzenia godziny na czekaniu pod dworcem na nieregularnie jeżdżący w naszym kierunku busik, który ponoć miał niedługo przyjechać. Internety, szczególnie oficjalne, zupełnie sobie nie poradziły, więc za źródło wiedzy służył nam człowiek, który wyszedł ze swojego sklepu na papierosa i okazał się być nie tylko rozmowny, ale też obeznany z okolicą i miejscową historią najnowszą. Oczekiwany przez nas bus pojawił się w okolicy przewidywanej przez localsa godziny i ruszyliśmy dalej.

Zamek w Pieskowej Skale to formalnie oddział Muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu. Dotarliśmy na miejsce o 15:30 i ruszylismy na zwiedzanie, które, jak to w muzeum, nie obyło się bez dziwaczności. Nie dość, że nie pozwolono nam zwiedzać zamku bez wykupienia biletu na odbywającą się w jego części wystawę malarstwa, to jeszcze samo poruszanie się po obiekcie odbywało się w kapciach. Na plus zaliczam natomiast możliwość skorzystania z usytuowanych w pobliżu kasy szafek i pozostawienia w nich pod kluczem ciężkich plecaków. Z zamkiem, jak zwykle, wiąże się legenda o martwej dziewczynie (tym razem zagłodzonej w wieży z powodu romansu z giermkiem) oraz zachowany do dziś „akt notarialny” z 1422 roku, którym Władysław Jagiełło przeniósł w drodze darowizny własność zamku na podkomorzego krakowskiego – Piotra Szafrańca. Tekst tego dokumentu tak mi się spodobał, że postanowiłem się nim podzielić. Polska wersja łacińskiego oryginału brzmi następująco:

My Władysław, z Bożej łaski król polski (…) rozważywszy wierne posłuszeństwo, niezmordowaną pracę, szlachetne pochodzenie męża Piotra Szafrańca podkomorzego krakowskiego naszego rycerza wiernego i ulubionego zważywszy, że w różnych wojnach, zjazdach, konfliktach, obronie granic i jakichkolwiek opresjach, które na nas i nasze królestwo spadały od czasu kiedy włożyliśmy koronę królewską, w pilnym niepokoju, wiernej odwadze, cichym, pożytecznym i zdatnym zawsze się okazywał (…) pragnąc tego Piotra Szafrańca obdarzyć naszą łaską specjalną i oddać do nowych usług (…) jako przykładowi wielu cnót i jego dzieciom i prawowitym następcom zamek nasz Pieskową Skałę wraz z wsiami Sułoszową, Wielmożą, Milonki i Wola i młynami na rzece Prądniku w ziemi krakowskiej położonych z dawna należących do tego zamku (…) nie rezerwując sobie niczego z własności i panowania jak tylko 2 grosze podatku od ziemi, z łaskawości nam przyrodzonej (…) to wszystko dajemy na własność i użytek z prawem sprzedaży, zamiany, nadania i wiecznego posiadania, jak się wyda lepszym i pożyteczniejszym Piotrowi Szafrańcowi i jego następcom„.

Z innych ciekawostek, ustaliłem, że pod koniec XIX w. zamek nabył adwokat Chmurski z Krakowa, który u jego stóp wybudował wille, nadając Pieskowej Skale charakter letniskowy na wzór Ojcowa. Kiedyś to były czasy dla mecenasów. Niestety nowy właściciel nie nacieszył się długo swoją nieruchomością ponieważ cały majątek został zadłużony do tego stopnia, że wiosną 1902 r. została ogłoszona jego licytacja. W tym czasie wśród osób przyjeżdżających do powstającego właśnie letniska znalazł się Adolf Dygasiński, który na łamach „Kuriera Warszawskiego” rzucił hasło ratowania zaniedbanego zamku. Do jego apelu przyłączył się także Józef Zawadzki – lekarz i autor przewodnika po Pieskowej Skale. Dzięki ich głosom udało się odroczyć licytację i uzyskać kwotę 60 tys. rubli na wykupienie zamku. Założona z ich inicjatywy spółka (od 1905 r. Towarzystwo Akcyjne Zamek Pieskowa Skała) wykupiła zamek już w 1903 r., w rok po śmierci Adolfa Dygasińskiego i przystąpiła do renowacji i przerabiania go na obiekt letniskowy. Kres ambitnemu przedsięwzięciu położył wybuch II wojny światowej.

U podnóża wzgórza, na którym wznosi się zamek, znajduje się kompleks pięciu stawów przepływowych założony w XVI wieku. Hodowano w nich karpie, szczupaki i karasie, a w późniejszym czasie pstrągi tęczowe. W 1993 roku zaprzestano hodowli. Obecnie są ostoją płazów na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego (traszka zwyczajna, traszka grzebieniasta, ropucha szara, ropucha zielona, żaba trawna, rzekotka drzewna, kumak nizinny). Płazy odbywają w nich gody, migrując z zimowisk niekiedy oddalonych nawet o 3 km. W czasie tych migracji szlak godowej wędrówki płazów jest zabezpieczany przez wolontariuszy i pracowników parku, którzy przenoszą zwierzęta przez biegnącą obok drogę, co uważam za superfajne.

Finalnie okazało się, że wystawa malarstwa to główna atrakcja dla zwiedzających i nie przewidziano podawania szczegółowej historii ani ciekawostek z dziejów obiektu. Szkoda, akturat tym byłem najbardziej zainteresowany.

IMG_1907

IMG_1908

O 16:30 zrobiiśmy sobie zdjęcia pod wyrastającej w pobliżu z ziemi Maczugą Herkulesa i ruszylismy w dalszą drogę. Do celu naszej dzisiejszej wędrówki pozostało jeszcze 8 km. Szlak wiódł skrajem stromych urwisk skalnych z fenomenalnym widokiem na okolicę. Przeprowadził nas w pobliżu pustelni błogosławionej Salomei i brzegiem Prądnika do Ojcowa, który osiągnęliśmy około godziny 18.

IMG_1914

 

Ojców był jak z bajki. Taki niewiarygodnie ładny, czysty i zadbany. Trawniki były przystrzyżone, żywopłoty przycięte, domy odmalowane. Wioska wyglądała jak Tolkienowski Shire. Nad rzeką stał stary drewniany młyn, a okolicę otaczały strome góry. Ojców leży w wąwozie, którego środkiem płynie Prądnik. Wśród tej całej estetycznej uczty zapomniano jedynie o odwiedzajacych okolicę wędrowcach. Kolejni gospodarze mniej lub bardziej uprzejmie oznajmiali nam, że nie godzą się na rozbicie na jedną noc namiotu na ich ziemi i nie mają wolnych pokojów na wynajem. Osiągnąwszy etap określania miejscowych słowami powszechnie uważanymi za wulgarne i z silnym postanowieniem rozbicia sie w lesie nie zważając na objęcie go statusem rezerwatu, trafiliśmy do kobiety, która z wyraźną niechęcią i ociąganiem zgodziła się wynająć nam na jedną noc pusty pokój w swoim pensjonacie. Internet znów nie stanął na wysokości zadania, ponieważ twierdził, żę w Ojcowie jest pole namiotowe. Okazało się, że zostało zamknięte trzy lata wcześniej. Piekne łąki nad rzeką aż się prosiły o to żeby udostępnić je na nocleg zmęczonym turystom, ale nikt się tego nie podjął. Szkoda. Zostawiwszy ciężkie plecaki w pokoju popędziliśmy do pobliskej restauracji Zazamcze na obfitą i wyjątkowo smaczną obiadokolację. Zakończylismy wędrówkę na dziś. Reszta dnia minęła nam na odpoczynku i cieszeniu oczu pięknem okolicy. Jutro ruszymy w ostatni etap wędrówki do Krakowa.

IMG_1921

IMG_1922

IMG_1925

Szlakiem Orlich Gniazd, dzień 4

Tym razem znów ruszyliśmy przed 7. Rześcy i pełni energii. Spanie w łóżku zamiast na ziemi świetnie regeneruje siły. Ciepłe śniadanie róweniż pomaga. Droga wypadła nam wokół zamku, który o tej porze był pusty i cichy. Nie zwlekajac zaszyliśmy się w lesie. Powietrze było zimne i wilgotne. Zaczynał się kolejny dzień wędrówki.

IMG_1872

IMG_1874

Około 11 osiągnęliśmy zarośnięty i schowany w lesie zamek w Pilicy, z którym wiąże się bardzo ciekawa, ale nieco przygnębiająca historia będąca przykładem niekompetencji aparatu państwowego. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, komu się zamek należy (to sprawa wtórna), lecz o to, że Skarb Państwa nie tylko sprzedał coś czego nie był właścicielem (#YOLO, #zahajspodatnikabaluj, #potemsięzobaczy), ale jeszcze zrobił to tak wadliwie, że aż nieważnie. Teren był zamknięty i ogrodzony, więc opuściliśmy to smutne miejsce.

Krótko później zatrzymaliśmy się na rynku w Pilicy, gdzie rozsiedliśmy się przy studni umieszczonej na środku malowniczego, kwadratowego rynku aby zjeść lody. Dalsza droga wypadła nam bajecznie zielonymi polami młodego rzepaku, pośród których wyłaniał się w oddali zamek w Smoleniu. Położony na szczycie łagodnego wzniesienia zapewnia świetny widok na całą okolicę. Widać z niego nawet zamek w Ogrodzieńcu. Po drodze na zamek mija się bardzo przyjemną polanę, przy której warto się rozłożyć i poleżeć chwilę w trawie. Zamek w Smoleniu to ostatni z odwiedzanych przez nas zamków leżący na Śląsku. Krótko po jego opuszczeniu minęliśmy bowiem granicę z województwem małopolskim. Kraków jest coraz bliżej.

IMG_1875

IMG_1879

Wędrując dalej przez las szybko osiągnęliśmy zamek w Bydlinie. Nie było tam jednak na co patrzeć. Ruiny są zaniedbane i zarośnięte pokrzywami. Nie było nawet zbytnio gdzie usiąść więc skerowaliśmy kroki do miejscowości Bydlin, w której spotkaliśmy prawdziwy ewenement – sklep, w którym lodówki z napojami były podłączone do prądu i faktycznie chłodziły. To pierwszy taki przypadek na naszej trasie. Sklep, poza tym, że kompetentny chłodniczo, był również dobrze zaopatrzony, skutkiem czego odnowiliśmy swoje zapasy i zadowoleni ruszyliśmy na poszukiwanie campingu.

IMG_1885

IMG_1886

Około 15 dotarliśmy do Zacisza, które okazało się być noclegiem idealnym – było ukryte w lesie z dala od wioski, miało prysznice z ciepłą wodą, dużą ogólnodostępną kuchnię z lodówką, mały staw i przystrzyżoną trwę, na której namiot sam się rozbijał. Nie było tam natomiast  zasięgu GSM ani owadów. Ceny były bardziej niż okazyjne, a właścicielka sympatyczna. Jedyny minus, to brak gastronomii na miejscu. Była za to altanka z dużym grillem. Reszta dnia upłynęła nam na zaleganiu na karimatach i czytaniu. Pod wieczór zaczęli się zjeżdżać mówiący po śląsku rowerzyści i pracujący przy wyrębie drzew robotnicy mówiący po ukraińsku. Słońce powoli chowało się za horyzontem w miejscu, z którego przyszliśmy.

IMG_1888

IMG_1900

W nocy padał deszcz.

Szlakiem Orlich Gniazd, dzień 3

Przetrwaliśmy noc. Nic nas nie zjadło. Namiot wytrzymał burzę. Poprzedniego wieczora dotarła wiadomość, że z nogą Piotra jest źle i że wracają z Puliną do Warszawy. Zebraliśmy się szybko i o 7 nad ranem byliśmy już w drodze. Śniadanie zjemy w najbliższej wiosce, w której według googli jest jakś sklep. Źle spałem i bolał mnie brzuch. Po jaichś 2 kilometrach doczłapaliśmy do pobliskiego Trzebniowa. Sklep był i był otwarty. Śniadanie było pyszne i pożywne, a rozciągnięcie się na drewnianej ławce zniwelowało skutki niewygodnego spania i skórcz mięśni wokół jamy brzusznej odpuścił. Z nowo odkrytą energią i entuzjazmem ruszyliśmy w drogę.

IMG_1761

IMG_1762

Wychodzenie rano ma tę zaletę, że idzie się w chłodzie. Słońce nie męczy żarem. Powietrze jest lekkie i łatwiej oddychać. Po około półtorej godziny byliśmy już pod ruinami zamku w Mirowie, gdzie postanowiliśmy chwilę odpocząć i zaznajomić się bliżej z kupioną dzień wcześniej czekoladą. Sam zamek zdawał się być na wczesnych etapach renowacji – zabazpieczono elementy, które mogły by spadać ludziom na głowy, ale nie podjęto dalszych prac ani nie otwarto go do zwiedzania.

IMG_1577

Z Mirowa przez klasycznie jurajskie wapienne skały malownicza droga długości około 2 km wiodła do zamku w Bobolicach. Ten zamek wyglądał już zgoła odmiennie. Jest dostępny do zwiedzania i został w całości odnowiony przez braci Laseckich. Z tą odnową-rekonstrukcją wiąże się pewna kontrowersja. Otóż dokonano jej pomimo braku jakichkolwiek źródeł historycnych, które wskazywałyby jak należy to zrobić. Wikipedia podaje, że „odbudowa w kształcie przybliżonym do wyglądu zamku w XVI w., została zrealizowana pomimo braku jakichkolwiek planów, szkiców czy rysunków zamku; jego kształt odtworzono na podstawie zachowanych ruin, posiłkując się wiedzą historyków i archeologów. W pracach wykorzystywano wyłącznie tradycyjne materiały (głównie kamień wapienny), opracowano też specjalną zaprawę murarską„. Innymi słowy, była to bardziej oparta na przypuszczeniach konstrukcja, niz rekonstrukcja. Wiele osób zarzuca Bobolicom, że do zamek z Disneylandu, ale ja uważam, że nie jest tak źle. Ostatecznie, znaczna część odbudowanej po wojnie warszawskiej starówki, to również guess-work, co nie przeszkadzało wpisaniu jej na listę zabytków Unesco. Stylistycznie wcale nie razi, w krajobraz wkomponowuje się świetnie i ogólnie przyjemnie na niego patrzeć. Przynajmniej okiem laika. Zamku, jak każdego tutaj, dotyczy oczywiście legenda o białej damie pojawiającej się nocą na murach. Topos niewiernej żony, czy innej kochanki zamurowanej żywcem w lochu jest już jednak trochę oklepany, więc nie będę go powielał.

IMG_1774

IMG_1579

IMG_1584

IMG_1780

IMG_1784

IMG_1788

Około południa, po obejrzeniu Bobolic przyszła pora na pewne decyzje taktyczne. Postanowiliśmy zarzucić marsz i spróbować dostać się do Ogrodzieńca aby tam spędzić więcej czasu na zwiedzaniu i trochę odpocząć. Szybko okazało się, że Bobiloce to koniec świata, gdzie poza zamkiem nie ma nic. Mieścił się tam co prawda przystanek PKS, ale nie obsługiwała go żadna linia. Po chwili oczekiwania udało nam się złapać stopa, a był to stop nie byle jaki – wielka ciężarówka która przywiozła jakiś gruz i kamienie na budowę parkingu pod zamkiem. Sympatyczny, młody kierowca podwiózł nas do Mirowa, gdzie znaleźliśmy działający już tym razem przystanek i przystąpiliśmy do obmyślania planu, który obejmował dostanie się do Zawiercia, a stamtąd do Ogrodzieńca. Bezpośredniego połączenia nie znaleźlismy. Planu w tym kształcie nie dane nam było jednak zrealizować, ponieważ po kilku minutach czekania na autobus, połączonego z wystawianiem kciuka na stopa, zaczepiły nas pytając o drogę do Ogrodzienieckiego zamku dwie sympatyczne starsze panie w samochodzie na warszawsich numerach. Szybko przehandlowałem wskazanie drogi za podwiezienie i po chwili pędziliśmy we właściwą stronę wysłuchując historyjek o przygodach naszych towarzyszek związanych z nawigowaniem w tym rejonie. Pod zamkiem, podziękowawszy za pomoc, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Było z tym trochę zachodu, ale ostatecznie udało nam się znaleźć wolny pokój z łazienką. Zrobiliśmy szybkie pranie, zostawiliśmy plecaki i poszliśmy na obiad. Godzina oczekiwania na jedzenie w Karczmie Jurajskiej dzięki bardzo udanemu, miejscowemu piwu minęła szybko, a samo jedzenie było jak zwykle w takich miejscach całkiem smaczne, obfite i sycące.

Objedzeni wdrapaliśmy się alejką pełną plastikowej tandety (rejon przed zamkiem to całoroczny pstrokaty jarmark) na podzamcze i uzbrojeni w nabyte w kasie bilety weszliśmy na teren zamku. Ogrodzieniec jest naprawdę dużym i dobrze zachowanym obiektem (to największy zamek na Jurze, którego wieża ma aż 6 kondygnacji). Odbywają się tam rekonstrukcje i imprezy historyczne. Kręcono tam „Zemstę” (pod tym linkiem jest pysznie jadowita wypowiedź nie tyle o samym filmie, co o jego autorze, w skąd innąd świetnym serwisie „Zamki Polskie”) i „Janosika”. Trasa zwiedzania biegnie na kilku poziomach, pozwala poobserwować wspaniałą panoramę całego regionu i obfituje w informacje. Na pobliskich skałach można było zaobserwować alpinistów. Miejscowa legenda nie odstaje od jurajskiej klasyki – na zamku można ponoć nocą spotkać czarnego psa, będącego przeklętym duchem okrutnego władcy, który (między innymi) zamurował żywcem jedną ze swoich żon. Przypomnę o tym El, kiedy po raz kolejny będzie głośno myśleć na temat możliwości wydania się za właściciela zamku i zostania księżniczką. Miłosnikom makabry może się również spodobać mieszczące się w odosobnionej wieży małe muzeum malowniczo i dokładnie opisanych narzędzi tortur.

IMG_1793

IMG_1799

IMG_1796

IMG_1802

IMG_1811

IMG_1591

Wracając zrobiliśmy zakupy na śniadanie. W pensjonacie podładowaliśmy padające już urządzenia elektryczne, wzięliśmy po prysznicu na zapas i telefonicznie ustaliliśmy, że w Bydinie, do którego jutro zmierzamy, da się rozbić namiot i przenocować na polu namiotowym. Dziś jednak śpimy w łóżkach i pod dachem.

Szlakiem Orlich Gniazd, dzień 2

El jak zwykle wstała ze słońcem, a ja jak zwykle się przy tym obudziłem, ale postanowiłem nie dać się zwariować i spróbowałem coś jeszcze dospać. Po jakims czasie z drugiego namiotu dało się usłyszeć, że ktoś odzyskał przytomność i wkrótce wszyscy siedzieliśmy nad śniadaniem. Słońce świeciło, zapowiadał się ładny dzień. W trakcie zwijania namiotów Piotr złapał jaszczurkę zwinkęchrabąszcza majowego. Kiedy mieszka się pod namiotem na łące, to przyroda wpycha się dosłownie wszędzie. Czasem to trochę kłopotliwe, szczególnie, że zapomnieliśmy odstraszacza komarów.

Około 09:30 byliśmy już w drodze, ale szybko okazało się, że awaria Piotra uniemożliwia mu dalszą wędrówkę. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Paulina i Piotr mieli podjechać busem do miejscowości, przez którą droga miała nam wypać pojutrze i odpocząć. El i ja kontynuowaliśmy marsz sami.

Przeszliśmy przez Góry Skole. Przyjżeliśmy się z dystansu kapliczce św. Idziego i zatrzymaliśmy się we wsi Zrębice. Było gorąco jak w piekle. Dokupiliśmy wody i zjedliśmy lody. Porzmawialiśmy też przez chwilę z localsami o chodzeniu pieszo, pielgrzymkach i tutejszym klimacie. Sympatyczni ludzie. Dalsza droga wypadła nam skrejem lasów, przez pola i łąki. Słońce prażyło niemiłosiernie. Resztką sił doczłapaliśmy się do słynącego na całą okolicę smacznym pstrągiem Złotego Potoku. Wzdłuż wioski ciągną się stawy, hodowlane, a na ich końcu jest park i zgrupowanie lokalnej gastronomi nad brzegiem. Udało nam sie zjeść, napić, posiedzieć w pobliżu stawu i podjąć temat pójścia nad brzeg w celu zmoczenia zmęczonych nóg, kiedy z nieba spadła ściana wody. Ulewa wypłoszyła z plaży tłum ludzi, którzy przybiegli schować się pod dachem. Chowali się spacerowicze i rowerzyści uciekający z parku, a niebo grzmiało, błyskało i sprawiało groźne wrażenie. Po bijących w pobliżu piorunach przyszła pora na gradobicie. Deszcz i lód momentalnie obniżyły emperaturę powietrza, ale całe zamieszanie nie trwało dłużej niż pół godiny. Po chwili było już po wszystkim. Opuściliśmy Złoty Potok obserwując po drodze jak parująca w lesie woda tworzy cos na kształt mgły.

IMG_1751

IMG_1755

Dalsza droga wypadła nam już w nieco chłodniejszych okolicznościach przez rezerwat Parkowe, obok Jaskini Niedźwiedzia, Diabelskich Mostów i Jaskini Ostrężnik, nad którą znajdował się nasz dzisiejszy cel – ruiny Zamku Ostrężnik. Ostrężnik to faktycznie tylko ruiny. Na szczycie wzgórza zachował się zarys murów i niewielkich zabudowań, w tym wieży. Jest ciekawy głównie ze względu na swoją tajemniczość – w przeciwieństwie do większości warowni w tym regionie, nie ma o nim mowy w żadnych zachowanych źródłach historycznych. Tak, jakby wymazano ślad po nim. Brak rzetelnych informacji to idealna pożywka dla pogłosek i legend. Dlatego o Ostrężniku mówi się, że był więzieniem i to takim, do którego trafiało się nie aby odbyć karę, ale po to żeby zostać zapomniamym. Nieco bardziej wiarygodne teorie podają, że jego budowa mogła zostać przerwana i nigdy nie dokończona.

IMG_1758

Po zejściu stromą ścieżką z ruin zamku wuszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Okazało się jednak, że w okolicy trudno i dwa metry kwadratowe płaskiej powierzchnim, na której daloby się postawić namiot. Po dłuższej chwili trafiliśmy na polanę z amboną myśliwską. Miejsce było ładne, choć budziło pewien niepokój, ale bylśmy już tak zmęczeni, że postanowiliśmy nie błąkać się dalej. Komary cięły jak szalone, więc stawianie namiotu zajęło nam dosłownie dwie minuty. Kiedy nasz przenośny dom był już gotowy, schowaliśmy się i zamknęliśmy od środka. Wkrótce przyroda oblazła tropik, ale po jakimś czasie bzyczenie ustało i dało się wyjść na łąkę i przyjrzeć okolicy. Przebraliśmy się w obozowo-nocny zestaw ciuchów, odbyliśmy tissue bath, spożyliśmy przewidzine na wieczorny posiłek Vifony i położyliśmy się.

IMG_1759

Przez polanę przechodzili jeszcze jacś wędrowcy z plecakami, ale nie rozbili się tu. Zbliżała się noc, a my zostaliśmy sami we dwójkę w lesie. Po zapadnięciu zmroku przyroda oszalała. Dało się słyszeć kruki, bażanty, chyba jelenia i cholera wie co jeszcze. Trochę się bałem, że zwierzęta wyczują coś do żarcia i podejdą do namiotu, ale nic takiego się nie stało. Na szczęście Polska to nie Stany, gdzie turyści stosują metalowe puszki do ochrony żywności przed niedźwiedziami.

W nocy zerwał się silny wiatr, a potem przyszła burza. Błyskawice biły bardzo blisko, rozświetlając ściany namiotu. Słuchałem tego nieamowitego spektaklu, gapiłem się przez okno z widokiem na polanę i las, ale w końcu zmęczenie przemogło i zasnąłem niespokojnym snem.

Szlakiem Orlich Gniazd, dzień 1

Przez Wyżynę Krakowsko-Częstochowską, zwaną również Jurą, przebiega wyznaczony w 1930 roku Szlak Orlich Gniazd. Nazwa wzięła się z tego, że szlak prowadzi pomiędzy zamkami składającymi się na system warowni, zbudowanych w XIV wieku z rozkazu Kazimierza Wielkiego, które broniły dostępu do Królestwa Polskiego czeskim wojskom Jana Luksemburskiego zagrażających Królestwu od strony Górnego Śląska. Zamki w większości były posadowione na szczytach trudno dostępnych wapiennych skał, właśnie na wzór orlich gniazd. Linia obronna rozciąga się na całym obszarze Jury, a łączący zamki i warownie szlak liczy nieco ponad 160 km. Tak się złożyło, że na majówkę w tym roku mieliśmy możliwość przeznaczyć nawet 9 dni. Uznaliśmy, że powinno wystarczyć.

W wyprawie udział wzięli również Paulina i Piotr. W pewnym momencie planowaliśmy wędrować w 6 osób, ale stanęło na 4. No a później na dwóch, ale po kolei.

Pobudka nastąpiła o pogańskiej 5 nad ranem. Słońce już co prawda wzeszło, ale to nic nie znaczy. Byłem nieprzytomny. Zorganizowanym przez El uberem dotarliśmy z plecakami na dworzec i chwilę po 6 byliśmy już w pociągu. Po drodze złapaliśmy jeszcze na dworcu „kanapkę polską” – z burakiem i pasztetem. No pun intended. W pociągu, przy stoliku czekali już nasi towarzysze. El i Paulina z jakichś tylko sobie znanych powodów postanowiły pracować. Szaleństwo.

IMG_1713

Droga do Częstochowy minęła szybko. Z dworca ruszyliśmy na Jasną Górę zahaczając o pobliskiego Mcdonalda żeby posilić się mcflurry.

IMG_1860

Lody stały się szybki leitmotivem całego wyjazdu. Było bardzo gorąco. Zobaczywszy sławny obraz i stanąwszy na murach, które oparły się Szwedom w 1655, skierowaliśmy wzrok na południowy wschód i o 09:45 ruszyliśmy do Krakowa.

IMG_1861

IMG_1718

Szlak szybko wyprowadził nas na przedmieścia, później po przekroczeniu Warty, w rejony przemysłowe, a w końcu w jakieś rzadkie, piaszczyste lasy. Szło się przez to trochę jak przez lasy na wydmach nad morzem. Tylko wody brakowało. Brak wody to kolejny, dla mnie osobiście szczególnie bolesny, motyw powtarzający się w toku całej wyprawy.

IMG_1717

IMG_1864

IMG_1866

Na szlaku było dość tłoczno. Spotykaliśmy innych wędrowców i całe chmary rowerzystów. Ta konkretna trasa ma swój nieco dłuższy, rowerowy odpowiednik (również czerwony i tak samo nazwany – powodowało to czasem trudnosci nawigacyjne), a cały region świetnie się nadaje zarówno do połykania kilometrów na szosówce, jak i do skakania przez korzenie drzew na MTB.

IMG_1728

Droga z lasu wkrótce wyszła na łąki i pola. Słońce paliło niemiłosiernie, a nam powoli kończyła się woda. Było krótko po południu, kiedy na horyzoncie, przy bardzo długiej prostej asfaltowej szosie, w oddali zamajaczylo coś, co mogło być spożywczakiem i to nawet otwartym. Udało się. Kupiliśmy wodę. Zjedliśmy lody. Ruszyliśmy dalej.

IMG_1868

Znow lasy, łąki i pola, aż w końcku, około 16 dotarliśmy do celu – zamku Olsztyn w miejscowości Podzamcze. Odpoczywaliśmy tam przez około godzinę, przy czym, ja nie mogąc usiedzieć w miejscu, zamiast odpoczywać, wdrapywałem się na różne skały stanowiące elementy konstrukcyjne fortyfikacji. Z zamkiem związana jest legenda o zjawie błąkającej się po jego terenie w ciemne noce. Jest to duch Maćka Borkowica – wojewody poznańskiego, przeciwnika polityki króla Kazimierza Wielkiego. Powołał on konfederacje wymierzoną w króla. Wygnany z kraju po 4 latach powrócił i nadal spiskował przeciwko monarsze. W końcu został schwytany w Kaliszu i skazany na śmierć głodową w lochach pod główną wieżą zamku olsztyńskiego. Więzień otrzymywał dziennie tylko dzban wody i wiązkę siana. Podobno wytrzymał tak 40 dni a jego jęki i przekleństwa słychać było w całym zamku. Niektórzy twierdzą też że przywiedziony głodem do szaleństwa zaczął kąsać i pożerać własne ciało.

Po dłuższej chwili leżenia na trawie zadecydowaliśmy, że należy nam się obiad i że przejdziemy dziś jeszcze kilka kilometrów, żeby rozbić się na noc w pobliżu rezerwatu Sokole Góry, w którym mieści się kolonia rozrodcza nocków dużych. Przy okazji wyszło na jaw, że Piotr złapał kontuzję stopy i kuleje. Będzie z tego problem.

IMG_1730

IMG_1539

IMG_1738

Rozbiliśmy się o 18:30 na łące pod rezerwatem z widokiem na olsztyński zamek i na Górę Lipówki. Namioty stanęły szybko i sprawnie, a my rozłożyliśmy się w pobliżu na karimatach. Przyszedł czas na kupione po drodze zimne piwo i odpoczynek. Było ciepło, a okoliczna przyroda zachwycała.

IMG_1740

IMG_1741

IMG_1871

W nocy widzieliśmy spadającą gwiazdę.