Ujście Świdru do Wisły

Zainspirowani ideą mikrowypraw od jakiegoś czasu nosiliśmy się z zamiarem krótkiego, jednodniowego wypadu z noclegiem poza domem i namiastką przygody. Plan udało się zrealizować dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności i odrobinie spontaniczności. W wypadzie towarzyszyli nam na swoim motocyklu Olga i Łukasz, a celem była położona niedaleko Warszawy plaża w okolicy miejsca, gdzie rzeka Świder wpada do Wisły (link: tu). Łukasz już kiedyś tam obozował, my znaliśmy miejsce z jesiennych spacerów. Zapowiadało się na tyle dobrze, że nie zniechęcił nas prognozowany drobny wieczorny opad.

Uzgodniwszy, że spotkamy się na miejscu, zostajemy jedną noc i jemy to, co da się upiec na ognisku przystąpiliśmy do szybkiego pakowania i ucieczki z Warszawy.

Piątek okolice godziny 17. Nie mieliśmy szans. Przejechanie 20 km zajęło nam 2 godziny. Odnalezienie właściwego leśnego dojazdu i kawałka brzegu, który kapryśna rzeka zdążyła od naszej ostatniej wizyty podmyć i przemodelować na urwisko, kolejną godzinę. Po drodze padało i nie wyglądało na to, że przelotnie, a komary kłębiły się tak, że nie dało się przejść.

Na szczęście później było już z górki. Namioty stanęły w kilka chwil, odstraszacz insektów śmierdział i zniechęcał do gryzienia, a chmury z deszczem przegnał wiatr. Motocykliści uciekli uzupełniać aprowizację, a El i ja zajęliśmy się ogniskiem.

IMG_0550

IMG_0509

Po chwili Łukasz i Olga wrócili a reszta wieczoru upłynęła na siedzeniu przy ognisku i odpoczynku. Tym razem nie było sportu, nie było hardcoru, po prostu weekendowy wypoczynek w lesie, nad wodą, w gronie przyjaciół. Ognisko płonęło do późna. Ktoś kręcił się po Wyspach Świderskich położonych pod przeciwległym brzegiem Wisły, ale dla nas  były to tylko odgłosy zza rzeki i drobne światełka na przeciwległym brzegu.

W nocy było cicho, spokojnie i nawet niezbyt zimno. Nie przyszły zwierzęta ani pijana młodzież, nawet komary dały nam spokój. Udało mi się wyspać. Do 5 nad ranem. Słońce już wschodziło, nad pobliską łąką pewnie podnosiła się mgła i można by przyjrzeć się przyrodzie, gdy budzi się do życia. Można by, gdyby nie był weekend. Poszedłem spać dalej. Pierwsze ruchy śniadaniowe rozpoczęliśmy po 8. Z racji tego, że podróżowaliśmy samochodem, pozwoliliśmy sobie na odrobinę nonszalancji w stosunku do spartańskiego zazwyczaj charakteru biwakowania, skutkiem czego poranny posiłek uświetniła nam świeżo parzona kawa, prosto z kawiarki, która idealnie pasuje do kuchenki turystycznej. Na bogato.

IMG_0532

Odczekaliśmy chwilę, aż namioty obeschną z porannej rosy, wygrzaliśmy się na słońcu i chwilę przed południem ruszyliśmy do domu i pod prysznic.

Koszt żaden, a przyjemność ogromna. Mikrowyprawy to pomysł, do którego będziemy wracać jak najczęściej.

Reklamy