Na krawędzi

Pół roku temu natknęliśmy się przypadkiem na informację, że w Górach Stołowych funkcjonuje schronisko położone na skarpie nad urwiskiem z fantastycznym tarasem widokowym. Umówiliśmy się luźno z Kasią i z Kubą, że pojedziemy tam razem. Kasia nawet zarezerwowała miejsca. Mijały miesiące, a sprawa wspólnego wyjazdu czekała, aż pewnego dnia przyszła pora dogadać szczegóły, kupić bilety i zorganizować wyjazd.

Część organizacyjna poszła względnie sprawnie i w piątek 21 września 2018 roku, zaopatrzeni w zdobyte na dworcu wegańskie burrito, pędziliśmy pociągiem do Wrocławia. Ja paskudnie przeziębiony i kichający przy każdym kroku, El niemal umierająca. K. i K. na szczęście nie zgłaszali defektów. PKP jak zwykle sprzedało więcej biletów, niż miało miejsc w przedziałach. We Wrocławiu, po przejściach z odwołującymi przewóz uberami (ta usługa jest aktualnie tak beznadziejna, jak pierwotnie była fantastyczna), przesiedliśmy się do zostawionego nam przez nieobecną Anię samochodu i ruszyliśmy w kierunku Kłodzka i Kudowy-Zdrój. Po drodze złapała nas potężna, minimalizująca widoczność burza, która zwalała gałęzie drzew na jezdnię, a której większą część roztropnie przeczekaliśmy w Kłodzkim Macdonaldzie. W międzyczasie zadzwoniła do nas pani ze schroniska upewnić się, czy dotrzemy i przekazać, że zostawi nam otwarte tylne wejście do budynku. To taki górski zwyczaj związany z bezpieczeństwem. Jeśli ktoś, kto zarezerwował miejsce w schronisku nie dotrze do niego przed nocą, to może znaczyć, że potrzebuje pomocy. Ostatni fragment podróży samochodem przypadł na emocjonujący i samotny nocny slalom pustymi, wąskimi, stromymi i szalenie krętymi górskimi drogami. Dygresja: od kiedy jeżdżę na motocyklu, każdą drogę postrzegam przez pryzmat tego, czy ma fajne zakręty. To bardzo zabawna perspektywa. Post factum ustaliłem, że jest to „droga stu zakrętów” czyli DW 387.

Na miejsce dotarliśmy o 23, co skutkowało koniecznością odbycia marszu z parkingu do schroniska w ciemności rozświetlanej niesionymi przez nas czołówkami. Szczeliniec, jest bowiem jednym z dwóch polskich schronisk górskich, do których nie da się dotrzeć inaczej niż pieszo wśród skał. Nie ma drogi dojazdowej. Co ciekawe, piwo kosztuje tam 10 zł. Ciekawe ile kasowaliby warszawscy restauratorzy, gdyby zaopatrzenie musieli raz w tygodniu dźwigać pod górę na własnych plecach. Po pół godziny marszu i nerwowego zerkania na dziwne cienie rzucane przez oświetlone naszymi latarkami głazy naszym oczom ukazało się schronisko na Szczelińcu. Tylne wejście było otwarte, a pokój na poddaszu przygotowany. Wchodząc wpuściliśmy do środka czekającego pod drzwiami kota, który sprawiał wrażenie miejscowego. Po zadomowieniu się w pokoju do późna w nocy pochłonęła nas dyskusja o prawie i gastronomii.

Nowy dzień rozpoczęła El. Konkretnie, to rozpoczęła go atakiem kaszlu jeszcze przed wschodem słońca, który wyrwał ją ze snu. Mnie również, bo śpię wyjątkowo lekko. Sposobem na ratowanie sytuacji były leki, herbata i pionowa postawa, co sprowadzało się do opuszczenia łóżka i wyruszenia na badanie schroniska. El pomimo niewyspania wkrótce poczuła się lepiej. Przy śniadaniu (Szczeliniec oferuje obfite i smaczne posiłki) okazało się, że poza kotem, który czuje się dość mocno związany z fotelem w biblioteczce i okazuje dezaprobatę, gdy ktoś go podsiądzie, schronisko zamieszkuje też bardzo wesoły i towarzyski pies o imieniu Brynza.

Po posiłku ustaliliśmy, że wybierzemy się w kierunku formacji „Skalnych Grzybów” i wyruszyliśmy w drogę. Trasa w porównaniu do naszych wcześniejszych wypraw okazała się bardziej spacerowa, niż wspinaczkowa, ale o pokorze przypomniała nam na koniec dnia zbagatelizowana z początku kwestia dystansu. Jakoś umknęło naszej uwadze na etapie planowania, że czeka nas około 5 godzin marszu. Grzyby okazały się być niestety jedynie umiarkowanie atrakcyjne, ale możliwość wdrapywania się na różne dziwacznych kształtów skały i piękno lasu po drodze w jakimś stopniu wynagradzały rozczarowanie. Droga powrotna wypadła nam z grubsza tym samym szlakiem, ale samo końcowe podejście pod Szczeliniec pokonaliśmy tym razem od strony zachodniej, czyli podejściem pod skarpę, nad którą znajduje się schronisko. Było stromo i zrobiło nam się cieplej.

Po powrocie około 15:30 przekonaliśmy się o popularności obiektu. Okazało się, że odwiedzający go tłumnie od rana turyści wyjedli kuchenne zapasy, co trochę. ograniczyło nam wybór potraw i możliwość posilenia się. Na szczęście coś tam jeszcze w kuchni zostało i ostatecznie nie tylko odpędziliśmy widmo głodu, lecz również oszamaliśmy smaczny deser. Lokalną ciekawostką, nadającą kolorytu zarówno posiłkowi, jak i reszcie wieczoru, okazała się być oferta podawania z sokiem imbirowym piwa ciemnego. Po posiłku K. i K. poszli penetrować pobliski skalny labirynt, z którego Szczeliniec słynie, a El i trochę się przespaliśmy. Późnym popołudniem dzienni turyści zniknęli, a świetlicę wypełnili mieszkańcy schroniska. Wieczór umiliła nam wszystkim zażarta potyczka w popularną planszówkę, rozdawana przez personel schroniska gorąca czekolada i ich świetny gust w doborze odtwarzanej w lokalu muzyki.

Personel schroniska to w ogóle temat na osobną wzmiankę. Prowadząca je grupa młodych ludzi była wyjątkowo miła i pomocna, a ich bezpośredniość w kontakcie nie raziła. Czułem, że odpoczywam. Schronisko zrobiłoy na nas tak dobre wrażenie, że wypytaliśmy o ofertę sylwestrową i okazało się, że jeszcze są miejsca. Sprawa do rozważenia, bo atmosfera jest świetna, a dodatkowo okolica chyba dobrze nadaje się np. na biegówki.

Rano nie spieszyliśmy się ze wstawaniem i chłonęliśmy spokój tego miejsca. Po śniadaniu i drobnych zakupach ruszyliśmy z El przez skalny labirynt, umówiwszy się uprzednio z K. i K. na spotkanie za godzinę przy samochodzie. Labirynt okazał się naprawdę malowniczym miejscem, przypominającym nieco w swojej konstrukcji pobliskie „Błędne Skały” , które bardzo nam się kiedyś spodobały, tyle że z większą ilością atrakcji wertykalnych w postaci przejść, schodów, przepaści, kominów i platform widokowych. A widoki z masywu Szczelińca Wielkiego naprawdę robią wrażenie. Warto poświęcić kilka chwil i rozejrzeć się zarówno po zachodniej stronie w kierunku Czech, jak i na wschód. Odrabiając research po powrocie dowiedziałem się także, że miejsce to odwiedzili m.in. Goethe, Fryderyk Wilhelm II von Hohenzollern i późniejszy prezydent USA John Quincy Adams, a także, że kręcono tu kilka scen do „Opowieści z Narni: Książę Kaspian”.

Po przegrupowaniu się na parkingu pojechaliśmy do Zieleńca (gdzie Ania zabrała nas kiedyś na narty) żeby umożliwić naszym towarzyszom zdobycie Orlicy (1084 m.n.p.m). Po pewnych perypetiach związanych z wejściem na niewłaściwy szlak cel został osiągnięty i można było ruszyć w drogę powrotną do Wrocławia. Z Orlicą historia jest taka, że K. i K. zostali jakiś czas temu członkami „Klubu Zdobywców Korony Gór Polski” i realizują w związku z tym faktem plan zdobycia wszystkich najwyższych szczytów poszczególnych pasm polskich gór. Szybki rzut oka na informację z Wikipedii pokazuje zaskakującą liczbę kontrowersji wokół tego niszowego wydawałoby się zagadnienia. Ot, ciekawostka obyczajowa. Obiad zjedliśmy w poleconej przez Kubę i wartej dalszego polecania małej, meksykańskiej knajpce „El Gordito„, z której spacerem dotarliśmy na dworzec. Powrót wypadł nam TeeLKą, więc warunki były bydlęco-towarowe. Na szczęście jakoś przetrwaliśmy.

Kolejny weekendowy wypad w góry możemy zaliczyć do udanych. Wielkie dzięki dla Kasi i Kuby za towarzystwo i dla Ani za pomoc logistyczną. Jak zwykle zamieszczone w powyższym tekście linki prowadzą do ciekawych informacji, a nie do reklam i warto się im przyjrzeć, szczególnie, jeśli ktoś chce odwiedzić opisywane rejony. Wszystkich zainteresowanych informuję natomiast, że planujemy już wypady zimowe.

Reklamy

Kampinos Thru-Hike, 50 km w 12 h

Przez całą szerokość puszczy kampinoskiej prowadzi pewien szlak. Czerwony. Liczy sobie z górką 50 km i biegnie z Wilczych Tułowskiech do Dziekanowa Leśnego. Lub odwrotnie. To bez znaczenia. Istotne jest natomiast to, że taki dystans da się pokonać w jeden dzień, co czyni sam szlak świetnym pomysłem na weekendowy spacer po lesie. Postanowiliśmy spróbować.

Mój pośpieszny, sobotni powrót z rejsu wynikał właśnie z tego, że umówiłem się z El na wędrówkę i z Maćkiem na usługę transportową o nietypowej porze. W niedzielę budziki miały zawyć przed 6, ale jakoś tak wyszło, że nikt nie zauważył, że w ich ustawieniach weekendy objęte są wyjątkiem. Mnogość możliwości nowoczesnej technologii przegrała z ludzkim roztargnieniem. Nie pierwszy raz. Na szczęście obudziliśmy się sami. O 06:30 byliśmy u Maćka, który odwiózł nas na północno-zachodni skraj puszczy, życzył powodzenia i obiecał odebrać na przeciwległym końcu lub ewentualnie zabrać z trasy. Po chwili zostaliśmy sami w lesie.

Planowaliśmy wędrować w tempie nie szybszym niż 5 km/h i robić 15 minutowe postoje z jedzeniem co 10 km. Na sytuacje awaryjne przewidzieliśmy dodatkową godzinę i umówiliśmy się na odbiór o po 19.

Marsz szedł sprawnie. Pierwszych 10 km trasy znaliśmy już z poprzedniego wypadu do puszczy. Słońce wznosiło się nad horyzont. Robiło się cieplej. Las tętnił życiem. Spod nóg uciekały jaszczurki, nad głowami latały żółte motyle. W miarę zagłębiania się w puszczę zmieniał się krajobraz. Las raz gęstniał, innym razem się przerzedzał, by czasem całkiem ustąpić miejsca polanom. Teren płaski przechodził w pofałdowany. Czarna gleba i bagna zmieniały się w piasek kojarzący się z porośniętymi sosnami wydmami na wybrzeżu Bałtyku. Dominujące w danym rejonie gatunki drzew, w innych prawie nie występowały. Okazało się, że puszcza jest bardzo zróżnicowana.

Innym odkryciem wyprawy było to, że w wykarczowanych obszarach w środku Kampinosu istnieją małe, ale zamieszkałe wioski i funkcjonują ludzie. Praktycznym spostrzeżeniem okazało się natomiast to, że doskonałe skutki regeneracyjne podczas postoju zapewnia zdjęcie butów i skarpet i pochodzenie boso po trawie. Podczas kolejnej wyprawy uratowało nam to życie. Wędrowaliśmy po lasach i łąkach. Kijki miarowo stukały o nawierzchnię. Czas mijał. Krótko po południu byliśmy w połowie drogi. Minęliśmy sosnę powstańczą i zmierzaliśmy w stronę Palmir. Zrobiło się popołudnie, a temperatura spadła.

Kryzys przyszedł po 40 kilometrze. Tempo spadło, zrobiło się zimno, nogi zaczęły boleć. Ponapinały mi się dziwne, nie używane intensywnie na codzień mięśnie. Człapaliśmy powoli wspierając się nawzajem i wypatrując końca szlaku. Umówiona z Maćkiem 19 nadeszła i minęła. Szliśmy groblą pomiędzy jakimiś stawami, kiedy minęła 19:30 – pora znacząca dwunastą godzinę naszej wędrówki. Czułem się fatalnie. Pomimo uzupełnianych w drodze kalorii brakowało mi paliwa. Później ustaliłem, że w toku całego marszu spaliliśmy po ponad 3,6 tys. kcal – takiego wydatku energetycznego nie uzupełni czekolada czy kanapki jedzone po drodze. Wreszcie wyszliśmy na ostatnią prostą. W oddali zamajaczył szlaban znaczący wjazd do lasu. Za nim była pętla autobusowa przy szpitalu dziecięcym w Dziekanowie Leśnym i parking, na którym czekał nasz transport. Przywitawszy się i podziękowawszy za cierpliwość wtoczyliśmy się do samochodu i o 19:45 ruszyliśmy do domu. Marsz zajął nam 12 godzin i kwadrans. Przeszliśmy ponad 50 km.

Nagrodą za wyczyn sportowy był długi prysznic, wegańskie burgery z frytkami, cloeslawem i zimnym piwem. Zasnąłem przed 21. W nocy obudziły mnie dreszcze i zimny pot na całym ciele. Dziwna reakcja. Prysznic i zmiana pościeli załatwiły sprawę. Przez kilka dni czułem jeszcze dyskomfort wokół kolan, ale innych objawów nie odnotowałem. Dobrze, bo za niecały tydzień zaczynamy poważniejszą wyprawę.

Kampinoski Park Narodowy polecam wszystkim entuzjastom spacerów.

Szlakiem łosia

W ostatnią niedzielę marca, kiedy zima zdawała się już w końcu odpuszczać, wybraliśmy się do puszczy Kampinoskiej na dłuższy spacer. Powodów było kilka. Po pierwsze, brakowało nam ruchu i powietrza. Po drugie, chcieliśmy po zimie i zrobić mały trening przed wyprawami, które zaplanowaliśmy na kwiecień i majówkę. Wreszcie, po trzecie, chcieliśmy zobaczyć co oferuje kamping „Osada Puszczańska” w Tułowicach. Zamiast zwyczajowego szlajania się po mokradłach w pobliżu Izabelinu, pojechaliśmy więc malowniczą trasą wzdłuż Wisły w północno-zachodni rejon puszczy, w okolice Wilczych Tułowskich. Inspiracją do wyboru trasy był odbywający się tego dnia Półmaraton warszawski. Mamy z tego biegu miłe wspomnienia z ubiegłych lat więc uznaliśmy, że pętla o podobnym dystansie będzie odpowiednia.

Rzut oka na mapę rejonu pozwala uzmysłowić sobie, jak duży obszar zajmuje Kampinoski Park Narodowy. Wyznaczona przez nas biegiem czerwonego i zielonego szlaku pętla o długości 22 km objęła ledwie niewielki jej fragment. Na szczęście okazało się, że głębokość, w jaką zanurzyliśmy się w las wystarczyła do spotkania króla puszczy. Tropy jakiegoś parzystokopytnego zwierza zauważyliśmy od razu po wejściu między drzewa, ale nie spodziewaliśmy się wczesnym popołudniem tak blisko skraju lasu wypatrzyć czegokolwiek na żywo. Mniej więcej w połowie drogi, po około 10 km marszu, El zatrzymała się jednak i wskazując w lewo szepnęła „łoś’. Ja po chwili wykryłem drugiego. Oczywiście bystre zwierzaki zauważyły nas dużo wcześniej, więc okazja do przyglądania im się w naturalnym środowisku, z odległości około 100 m trwała tylko chwilę. Przemknęły w podskokach między drzewami i zniknęły nam z oczu. El udało się nagrać fragment ich niespiesznej ucieczki.

Na filmie łoś przemyka między drzewami, biegnie w lewo, na wysokości horyzontu i trzyma się w środku kadru.

Poza łosiami, znaleźliśmy też zamkniętą jeszcze na zimę na kłódkę ziemiankę z nietoperzami i świetny leśny parking z wiatami i miejscem na ognisko – idealne miejsce na kolejną mikrowyprawę. Całą drogę towarzyszyły nam też żółte motyle. Widać było, że przyroda budzi się już do życia. Będziemy wracać w ten rejon. W przeciwieństwie do części puszczy położonej najbliżej Warszawy, w tej okolicy prawie nie ma ludzi. Wędrować można w ciszy i spokoju.

IMG_1269

Marsz zajął nam niecałe 4 i pół godziny, co daje rozsądną średnią prędkość około 5 km/h. Kolejnego dnia lekki ból przypomniał mi tylko, że mam pewne grupy mięśni, których nie używam na codzień.

IMG_E1233

Tak wyglądał ten las dokładnie miesiąc wcześniej – 25 lutego.

IMG_1331

Dla porównania zdjęcie z 25 marca.

Ujście Świdru do Wisły

Zainspirowani ideą mikrowypraw od jakiegoś czasu nosiliśmy się z zamiarem krótkiego, jednodniowego wypadu z noclegiem poza domem i namiastką przygody. Plan udało się zrealizować dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności i odrobinie spontaniczności. W wypadzie towarzyszyli nam na swoim motocyklu Olga i Łukasz, a celem była położona niedaleko Warszawy plaża w okolicy miejsca, gdzie rzeka Świder wpada do Wisły (link: tu). Łukasz już kiedyś tam obozował, my znaliśmy miejsce z jesiennych spacerów. Zapowiadało się na tyle dobrze, że nie zniechęcił nas prognozowany drobny wieczorny opad.

Uzgodniwszy, że spotkamy się na miejscu, zostajemy jedną noc i jemy to, co da się upiec na ognisku przystąpiliśmy do szybkiego pakowania i ucieczki z Warszawy.

Piątek okolice godziny 17. Nie mieliśmy szans. Przejechanie 20 km zajęło nam 2 godziny. Odnalezienie właściwego leśnego dojazdu i kawałka brzegu, który kapryśna rzeka zdążyła od naszej ostatniej wizyty podmyć i przemodelować na urwisko, kolejną godzinę. Po drodze padało i nie wyglądało na to, że przelotnie, a komary kłębiły się tak, że nie dało się przejść.

Na szczęście później było już z górki. Namioty stanęły w kilka chwil, odstraszacz insektów śmierdział i zniechęcał do gryzienia, a chmury z deszczem przegnał wiatr. Motocykliści uciekli uzupełniać aprowizację, a El i ja zajęliśmy się ogniskiem.

IMG_0550

IMG_0509

Po chwili Łukasz i Olga wrócili a reszta wieczoru upłynęła na siedzeniu przy ognisku i odpoczynku. Tym razem nie było sportu, nie było hardcoru, po prostu weekendowy wypoczynek w lesie, nad wodą, w gronie przyjaciół. Ognisko płonęło do późna. Ktoś kręcił się po Wyspach Świderskich położonych pod przeciwległym brzegiem Wisły, ale dla nas  były to tylko odgłosy zza rzeki i drobne światełka na przeciwległym brzegu.

W nocy było cicho, spokojnie i nawet niezbyt zimno. Nie przyszły zwierzęta ani pijana młodzież, nawet komary dały nam spokój. Udało mi się wyspać. Do 5 nad ranem. Słońce już wschodziło, nad pobliską łąką pewnie podnosiła się mgła i można by przyjrzeć się przyrodzie, gdy budzi się do życia. Można by, gdyby nie był weekend. Poszedłem spać dalej. Pierwsze ruchy śniadaniowe rozpoczęliśmy po 8. Z racji tego, że podróżowaliśmy samochodem, pozwoliliśmy sobie na odrobinę nonszalancji w stosunku do spartańskiego zazwyczaj charakteru biwakowania, skutkiem czego poranny posiłek uświetniła nam świeżo parzona kawa, prosto z kawiarki, która idealnie pasuje do kuchenki turystycznej. Na bogato.

IMG_0532

Odczekaliśmy chwilę, aż namioty obeschną z porannej rosy, wygrzaliśmy się na słońcu i chwilę przed południem ruszyliśmy do domu i pod prysznic.

Koszt żaden, a przyjemność ogromna. Mikrowyprawy to pomysł, do którego będziemy wracać jak najczęściej.