Wracamy

Fun fact: Roztoka ma w łazienkach i pod prysznicami ogrzewanie podłogowe.

IMG_6120

Koniec przygody. Wracamy. Bus ruszył z Zakopanego o 13:40. O 22 będziemy już w domach. Powoli odzyskujemy kontakt z rzeczywistością. Ela ogląda musicale, ja dłubię przy zdjęciach i uzupełniam poprzednie wpisy. Filmy załaduję dopiero w nocy. Busowy internet nie podoła takiemu zadaniu. Zapraszam do przejrzenia całości pod koniec tygodnia.

Wracamy zmęczeni, ale szczęśliwi. Ułożyliśmy już plany tras na przyszły rok. Dzięki za to, że czytaliście (mam wgląd do statystyk więc wiem, że ktoś czytał) i za pozytywny feedback.

Reklamy

2015-07-05 11.16.23

Grześ zachęca, więc piszę.

Czy wasze biura o 6 rano są pełne ludzi? Ba….o 7 rano? 8 rano? Schronisko o 6 rano jest pełne ludzi jedzących śniadania, pakujących się, przygotowujących do wyjścia. W wakacje. Wstać o 6 rano z uśmiechem! 🙂 Można? Można!

Skrót dzisiejszego dnia opisał już Grzegorz. Pięć Stawów – Szpiglasowa Przełęcz – Morskie Oko – Dom. Nie będę powtarzać opisu. Dodam jednak, że łańcuchów nie trzeba się bać ale trzeba się ich nauczyć. Dwa lata temu na widok łańcuchów miękły mi kolana – w tym roku pokonałam dwa wysokie wejścia dzięki łańcuchom. Trasy których dwa lata temu bym nawet nie próbowała przejść… dorosłam? Stałam się bardziej odważna? A może zrozumiałam że mam grunt pod nogami, łańcuch asekuracyjny w rękach i nie ma się czego bać? W każdym razie jestem się siebie bardzo dumna 🙂

Niestety zejście ze Szpiglasowej do Morskiego Oka to jak dostanie obuchem w łeb. Człowiek wpada na asfaltową drogę pełną turystów wśród których czuje się jak kosmita. Ubrana w bluzę z długim rękawem i wysokim kołnierzem (mam spalone ramiona i kark, nie chciałam aby dziś jeszcze bardziej oberwały), chustkę na głowie (upał + wysokość…), długie spodnie i treki – na asfaltówce wyglądałam jak niepasujący element. Zdecydowanie wolę wysokości niż okolice Centrum Handlowego Morskie Oko. Z daleka brzeg MO wygląda jak plaża nad Wisłą w środku sezonu.

I jeszcze jedno… adrenalina uzależnia. Wejście na Szpiglasową było trudne, było wymagające… ale na szczycie, gdy pozostało tylko zejście i zakończenie dnia, pojawił się niedosyt. Chciałam jeszcze czegoś, jeszcze wyżej, jeszcze się w czymś sprawdzić. Za rok… (mamy już plany tras na za rok:)

Veni, vidi, vici

2015-07-05 10.11.13

Dziś Szpiglasowa Przełęcz. Miejsce, z pod którego cofnęliśmy się dwa lata temu z powodu mgły i zerwanego łańcucha asekuracyjnego.

Ruszaliśmy pełni obaw o skuteczność wczorajszej regeneracji. Obawy okazały się zbędne. Byliśmy w świetnej formie. Wyszliśmy o 7. Alpinistów już nie było, piechurzy kończyli śniadania w stołówce, imprezowicze dogorywali pod drzewami i na korytarzach.

Szybkim marszem przez las chwilę przed 9 osiągnęliśmy Dolinę Pięciu Stawów Polskich. Tam nastąpiła krótka przerwa na śniadanie zjedzone na kamieniu przy wodospadzie i ruszyliśmy wzdłuż stawów na zachód, żeby między Kozim Wierchem a Zawratem odbić na południe.

Wędrówka w tych rejonach to hołd złożony ekranizacji prozy Tolkiena. Skacze się po kamiennej ścieżce otoczonej trawą, strumieniami i oczkami wodnymi, co kilka kroków mijając porozrzucane tu i ówdzie wielkie głazy. W tle widać zbocza gór otaczających dolinę z trzech stron. Bajka.

Na przełęczy byliśmy o 11. Podejście było strome i męczące. Szlak wił się zygzakiem po zboczu, aby na końcowym etapie biec prosto w górę. To właśnie ten odcinek zabezpieczony jest łańcuchami asekuracyjnymi. Wspinaczka w tych warunkach wygląda tak, że trzyma się naprężony łańcuch oburącz i „idzie” po ścianie jak po podłodze. Ściana jest nachylona więc można wykonać tę operację szybko i płynnie. Należy tylko uważać aby się nie poślizgnąć i nie stracić gruntu pod nogami.

2015-07-05 11.05.34

Posiedzieliśmy chwilę na przełęczy i ruszyliśmy w dół z drugiej strony w kierunku Morskiego Oka. Szlak po tej stronie jest dłuższy, ale bardziej łagodny. Całą drogę towarzyszył nam widok na znajdującego się po przeciwnej stronie Mnicha, na którego wdrapywali alpiniści nawołując się nawzajem. Wkrótce krajobraz zaczęło dominować Morskie Oko i tak było już do końca.

Zszedłszy z gór niepozorną ścieżką, która na wysokości schroniska dobiega do ulicy zagłębiliśmy się w tłum otyłych turystów w sandałach, z fajkiem w ustach, piwem w plastikowym kubku i asfaltem wróciliśmy do Roztoki.

Byliśmy na miejscu o 14. Marsz zajął równych 7 godzin.

2015-07-04-21.12.43

Szczyt… lenistwa

Fun fact: Gdy goni Cię niedźwiedź uciekaj w dół zbocza. Jego przednie łapy są krótsze więc bieganie w dół sprawia mu dużo większą trudność niż w górę. Jest przez to wolniejszy.

Dzisiejszy dzień był dniem regeneracji. Nie robiliśmy nic, do czego można by dopasować przymiotnik „wyczynowe”. Wyspaliśmy się. Do 9. Jedliśmy śniadanie. Do południa. Poszliśmy na spacer na Morskie Oko. Bez plecaków, bez sprzętu. W sandałach. Idąc asfaltową drogą omijaliśmy nawet zwyczajowe krótkie skróty przez las sprowadzające się do ścięcia najbliższego zakrętu. Czytaliśmy książki siedząc na polanie przed schroniskiem. Świeciło słońce. To był dobry dzień. Na pytanie „Jaki szczyt dzisiaj?” Elżbieta odpowiedziała „Szczyt lenistwa„.

Untitled-1

Roztoka pod wieczór pełna jest ludzi wracających z gór. Schodzą zmęczeni, brudni, szczęśliwi. Zamawiają domowe obiady. Rozmawiają przy piwie. Przeżywają, porównują, planują, szykują się do snu. Pokoje są już dawno pozajmowane, ale to nikogo nie powstrzymuje. Rozkładają karimaty po korytarzach. Zajęli świetlicę i polanę przed wejściem. Suszą ubrania na płocie. Masują obolałe nogi. Będzie tu dziś nocowało kilkadziesiąt osób. Znaleźli schronienie na noc, a nad ranem wyruszą w dalszą drogę. Roztoka to miejsce ludzi gór. Łatwiej spotkać tu alpinistę z kaskiem i linami zwisającymi z plecaka niż wymalowaną laskę w japonkach. Nie oceniam, stwierdzam fakt. Żeby tu trafić, trzeba zejść z drogi na Morskie Oko i zanurzyć się w las. Przychodzą tu właśnie tacy, którzy lubią spać na podłodze. Blisko stąd w wysokie góry.

Untitled-1

Widziałem dziś kobietę, która wróciła z Rysów. O 16 spała już na podłodze za schodami prowadzącymi do wspólnej sali. Rysy robią z człowiekiem takie rzeczy. Wejdę tam następnym razem.

Widziałem mężczyznę, który zachwalał swoją słomkę życia (ang Life Stroke). To taki miniaturowy filtr do oczyszczania wody z chemii i mikroorganizmów. Można ją wetknąć w dowolne źródło wody i ugasić pragnienie. Producent w reklamach pokazuje ludzi pijących przez to z zabłoconej kałuży. Człowiek opowiadający o słomce twierdził, że w miejscach, w które on wędruje znajduje ona praktyczne zastosowanie. Wierzę. Wygląda na takiego. Nie zmylił mnie nawet fakt, że od 9 do 21 siedział na polanie i łoił browary.

Jutro idziemy na Szpiglasową Przełęcz (2110 m.n.p.m.). Ela szacuje trasę na 7 godzin. Mam nadzieję, że kolana pozwolą.

2015-07-04 15.00.41

Ból. Wycieńczenie. Strach

2015-07-03 10.49.36

Grzegorz pisze:

Ponad jedenaście godzin marszu, ponad 20 kilometrów przebytego dystansu i wspinaczka z 1000 m.n.p.m na 2291 m.n.p.m i z powrotem. Tyle faktów.

Emocje i inne rzeczy w głowie: entuzjastyczne oczekiwanie, determinacja, satysfakcja, radość, duma, napięcie, przerażenie, strach, upór, radość, zdystansowanie, ulga.

Z trasy na gorąco pamiętam tylko fragmenty. Odświeżam pamięć zdjęciami. Próbuję ułożyć w spójną narrację to co się działo. Jest ciężko. To zmęczenie. Zmęczenie sprawia, że człowiek potyka się na prostej drodze. Zmęczenie sprawia, że zawiązanie sznurowadła przybiera postać skomplikowanego zadania, które wymaga kilkuminutowego wpatrywania się tępym wzrokiem w obutą stopę jak w letargu. Z powodu zmęczenia rzeczywistość przenosi się za mgłę, z której bodźce docierają spóźnione i przytępione, a fakt potknięcia i upadku postrzega się dopiero z pozycji ziemi. Tak właśnie jest po dzisiejszym przejściu. Jestem zmęczony. Śmiertelnie.

Zostało mi w głowie kilka rzeczy. Pocztówki.

Było śniadanie o 9 w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Bułki, nad którymi poprzedniego dnia odbyła się dyskusja w supermarkecie w Zakopanem, której pointą było to, że dziwne bułki z ziarnami będą smaczniejsze i dłużej świeże niż kajzerki zatem lepiej zainwestować po 89 groszy od sztuki i cieszyć się jadalną bułą zamiast niejadalnej. Były. Lepiej zainwestować.

Były skały. Skał było dziś wyjątkowo dużo. Każdy miał to w podstawówce na geografii. Roślinność górska ma szczególny charakter – układ piętrowy. Na pewnej, dość szybko osiąganej wysokości kończą się lasy. Po prostu znikają. Zaczynają dominować krzewy, w tym szczególnie molestowana przez każdego pedagoga kosodrzewina. Wyżej bytuje już tylko roślinność przygruntowa. Trawy, pojedyncze minikrzaki. Dalej mchy, porosty, tego typu rzeczy. Każdy wie, mało kto widział i sobie wyobraża. Dolina Pięciu Stawów Polskich faktycznie jest doliną, ale leży na wysokości 1600 m.n.p.m. Trzeba się tam wdrapać. A kiedy człowiek już dostanie się na miejsce wszędzie wokół widzi góry. Bardzo wysokie góry ze szczytami najczęściej skrytymi w chmurach lub we mgle. Występują tam już tylko niskie krzaki, mchy i porosty. Krótko później (czyt. wyżej), po opuszczeniu doliny drogą na Kozi Wierch, zniknęła trawa. Całkowicie. Zaraz za nią mchy i porosty. Ostatnich 300 metrów wspinaliśmy się po gołej skale idąc jakby-schodami po niemal pionowej ścianie. W okolicach 2000 m.n.p.m. krajobraz staje się księżycowy. Nie ma nic co wyglądałoby na żywe. Nawet piasek i kamienie się kończą. Jest tylko szary, spękany ostry granit, który wypiętrzał się przez tysiące lat tworząc sterczące ostro, obce, groźne i niepokojące struktury. Siedzieliśmy na tych skałach na szczycie Koziego wierchu (2291 m.n.p.m.), na Buczynowej Strażnicy (2242 m.n.p.m.) i na Granatach: Zadnim (2240 m.n.p.m.) i Pośrednim (2234 m.n.p.m.). Wspinaliśmy się po tych skałach Idąc Orlą Percią. 

Wspinaczka od chodzenia po górach różni się tym, że przy wspinaczce używa się wszystkich kończy. Jest się przyklejonym do zbocza i w sumie blisko temu do czołgania się. Orla biegnie w znacznej części po grani. To znaczy, że idzie się szczytem. Na wyciągnięcie ręki w prawo jest kilkusetmetrowa przepaść. Na wyciągnięcie ręki w lewo, to samo. Czasem szlak schodzi z grani i biegnie wzdłuż ściany, poniżej szczytu. Wygląda to wtedy jak chodzenie po gzymsie wysokiego budynku. Z jednej strony twarda ściana, z drugiej Koniec. Można się bardzo zbliżyć do takiej ściany. Można się na niej rozpłaszczyć, gdy stopień, który oddziela od Końca jest węższy niż długość stopy, którą się po nim idzie, gdy stopnie wypadają w różnych odległościach od siebie i na różnej wysokości. Ominąwszy szczyt szlak wspina się na kolejny. Przecina grań i schodzi po jej drugiej stronie aby przejść pod kolejnym wyższym elementem. Ta zabawa trwa długo. Bardzo długo. Dystans jest krótki, ale idzie się go godzinami. My przeszliśmy część. Wystarczyło.

Pod Buczynową Strażnicą jest Żleb Kulczyńskiego. To takie miejsce, w którym szlak schodzi z grani na zachodnią stronę. Nie ma tam zabezpieczeń. Jest za to wyjątkowo paskudna kilkudziesięciometrowa przepaść poniżej. To był ten moment, kiedy się bałem. Schodziliśmy po tej niemal pionowej ścianie bardzo powoli. Przyklejeni do skały, twarzą w kierunku stoku „cofaliśmy się” po jednym kroku szukając po omacku miejsc, gdzie można by oprzeć kawałek stopy i chwytów na dłonie. Każdy chwyt i stopień sprawdzałem dwukrotnie przed przeniesieniem nań ciężaru ciała. Na żlebie nie było drugiej szansy. Skały są tam częściowo popękane, ale przeważają gładkie i śliskie powierzchnie. W pęknięcia wkłada się dłoń lub stopę i obniża ciało wzdłuż płaskiej powierzchni szukając jednocześnie kolejnej szczeliny. Ten proces ciągnie się w nieskończoność mimo, że to nie więcej niż 40 metrów. Nie ma innej możliwości. Jeżeli ktoś nie zejdzie ze żlebu we właściwym miejscu, przed jego końcem, na przykład na skutek ześlizgnięcia się, czeka go krótki lot, a później Koniec.

Szedłem więc 40 metrów przez kilkanaście minut na czworaka, tyłem, po gładkiej powierzchni. Pionowo. Bardzo się bałem.

Po Żlebie był Kominek pod Mniszkiem. Kominek to miejsce, w którym dwie właściwie płaskie, pionowe ściany łączą się pod kątem zbliżonym do 90 stopni. Da się czymś takim wspinać. Kominek był łatwy i przyjemny. Przez całą jego długość biegły łańcuchy, po których można się podciągać jak na linie. Przez Kominek szliśmy w górę. To dużo łatwiejsze niż schodzenie bo widać gdzie się zaczepia kończyny. W Kominku złapały mnie kurcze ud. Obu naraz. Przeszedłem. Już się nie bałem. Ne patrzyłem na przepaść poniżej.

Pamiętam kolana. Trudno nie pamiętać ponieważ ich dziwny stan nadal trwa. Po schronisku poruszam się krokiem powolnym i komicznym. Ostatni raz były takie po Maratonie Warszawskim w 2014 roku. Śmiesznie chodziłem, bo niezbyt mogłem je uginać. Jakikolwiek ruch w kolanie kończył się głębokim i intensywnym bólem. Dziś jest tak samo. Cały staw ma konsystencję czegoś pomiędzy galaretką a pęcherzem wypełnionym płynem limfatycznym, który powstaje na skórze na skutek otarcia (każdy miał kiedyś nowe skórzane buty, które musiał rozchodzić; to to.). Okolice kolan cierpią w górach w dwójnasób. Podczas wchodzenia i wspinaczki bolą mięśnie, które unoszą ciężar całego ciała kiedy noga się prostuje. Przy schodzeniu obciążony jest staw. Moje stawy kolanowe po zejściu z iluś tysięcy „schodków” zamieniły się w galaretę. Bolą wyprostowane, ale podczas uginania bolą bardziej.

Ostatnia rzecz, którą pamiętam to woda. Wspomnienie o wodzie ma dwa aspekty. Krajobrazowy i fizjologiczny. Krajobrazowy jest prosty. Górskie jeziora są nieziemskie, nierealne. Po prostu trzeba się tam wdrapać i zobaczyć co to za woda. Aspekt fizjologiczny jest bardziej skomplikowany. Wypiliśmy po 3 litry płynów na głowę, w tym również mieszanki z elektrolitami. Napełniałem w drodze powrotnej opróżnione butelki w strumieniu. Piliśmy właściwie bez przerwy i wszystko, absolutnie wszystko z tej wody uciekało ze mnie przez skórę. Perspiracja była w tych warunkach tak intensywna, że przez cały 11,5 godzinny marsz nie korzystałem z toalety (Eufemizm obejmuje krzaki i drzewa. Tak to jest na łonie przyrody). Trzy litry to lekko licząc 12 do 15 szklanek wody. Sugeruję spróbować pić tyle w warunkach biurowych. Mimo tego całego picia wróciłem do schroniska z lekkimi objawami odwodnienia. Sporo wody było też w lesie. Przez las wypadł nam powrót, Na Orlą weszliśmy ze wschodniej strony, a schodziliśmy od zachodu. Trzeba było obejść góry dookoła żeby wrócić do schroniska. Wracaliśmy ledwo żywi i koszmarnie obolali (kolana itp.) idąc lasem przez 3 godziny. W lesie było dużo strumieni, a przekroczenie każdego z nich wiązało się z zejściem do poziomu wody, skakaniem po kamieniach lub przekroczeniem mostu i mozolną wspinaczką ponownie na zbocze. Lasy w górach zawsze są pofałdowane. Staram się tej części nie pamiętać.

Dziś zdjęć nie będzie. Internet w schronisku ledwo daje radę z tekstem. Opracuję zdjęcia i filmy i opublikuję je, kiedy będę miał sensowny dostęp do sieci. Myślę, że będzie na co patrzeć.

Dzień kolejny

2015-07-03-11.01.36

Elżbieta pisze:

Dzień kolejny… w sumie pierwszy w górskiej rzeczywistości.

Dzisiejszy plan dnia układałam ja. Starałam się, żeby było atrakcyjnie, trochę męcząco i żeby trasa była wyzwaniem… więc wyszło: Roztoka – Pięć stawów – Kozi Wierch- Orlą Percią na Zadni Granat- Kozia Przełęcz – Pięć stawów – Roztoka. Trasa na 10 godzin.

Wyszło tak:

Zaczęliśmy zgodnie z planem, pobudka o 6 rano, szybkie pakowanie, kanapki na drogę i w trasę. Początek był świetny, na Pięciu byliśmy 45 minut przed czasem na który jest ten szlak obliczony :). Zjedliśmy śniadanie….bo po co zjeść je przed wyjściem skoro to tylko 2 godziny drogi:)

Ruszyliśmy szybko na Kozi Wierch – i zaczął się ból nóg, uda i płuca jakby nie pamiętały jak się pracuje podczas wysiłku, zaczęły mieć fochy. Kozi Wierch to wysoka góra, chyba najwyższa na jakiej byłam do tej pory, więc nie zdziwiło mnie to że trzeba się trochę powspinać… w końcu 2290 m.n.p.m. ma swoje prawa. Gdy doszliśmy na szczycie było kilka osób i piękne widoki. Zjedliśmy, odpoczęliśmy i zrobiliśmy kilka zdjęć. Zdecydowanie warto było się tam wdrapać.

Następna w kolejce jest Orla Perć… hmm… Ci którzy wiedzą to wiedzą, cała reszta… każdy stres w pracy, każda rzecz która wydaje się mieć kluczowe znaczenie dla życia i przetrwania w Wielkim Mieście staje się niczym, mało ważną pierdołą po wejściu na ten szlak. Przygotowywałam się do niego jak do żadnego innego, oglądałam filmy, czytałam opisy bo wiedziałam że szlak jest niebezpieczny…. i byłam przygotowana na dużo, ale nie na Żleb Kulczyńskiego. Żleb to strome zejście, niezabezpieczone, długie odpowiednio żeby całe życie przeleciało przed oczami. Gdyby nie nieznajomy, pomocny góral mogłoby się skończyć atakiem paniki. Wyprzedził ludzi, przyszedł do mnie i zagadywał, jednocześnie sprytnie asekurując. Dzięki niemu przeszłam i ja i Grzegorz.

Dalej już tylko Kominek pod Mniszkiem… wspinaczka po łańcuchach i klamrach, jak już przeżyliśmy Żleb to Kominek był przyjemny bo w górę i z zabezpieczeniami.

Gdy doszliśmy do Zadniego Granatu, z rozpędu zaliczyliśmy też Skrajny (a tak naprawdę zgubiliśmy zejście i weszliśmy sprawdzać czy przypadkiem nasz szlak zejściowy zaczyna się na Skrajnym) a potem schodziliśmy długo i boleśnie w dół. Długo i boleśnie po raz pierwszy.

2015-07-03 13.38.00 2015-07-03 13.52.13

Przejścia na Orlej sprawiły że zdecydowaliśmy zakończyć przygody tego dnia i Kozia Przełęcz została na inny termin, poszliśmy żółtym szlakiem do Murowańca a stamtąd zielonym przez Rówień Weksmudzką do domu. Szlak wyglądał na mapie super, przez las, bez wspinaczek… Drugi błąd. Jak coś wygląda na mapie szlaków w Tatrach że jest w lesie to nie koniecznie jest proste. Po 7 godzinach na nogach, trafiliśmy na wysokie podejścia i długie zejścia.

Dla niewtajemniczonych – zejścia z gór są straszne, o wiele gorsze i obciążające niż wejścia. Schodziliśmy więc długo i boleśnie po raz drugi.

Schronisko oczywiście nie zawiodło. Ciepły prysznic, pyszny obiad i deser wspomagają regenerację:)

Podsumowując – moje stopy, kolana i spalony kark mnie dziś nienawidzą, jutro odpoczywamy na trawie przed schroniskiem, treki muszą być 1 rozmiar za duże, a na Orlą jeszcze wrócę. 

Zakopane => Roztoka

Dotarliśmy do Zakopanego około 15. Z lekkim opóźnieniem, ale bez bólu. Wydobywszy plecaki ruszyliśmy na Krupówki w poszukiwaniu obiadu. Miasto było zasypane turystami, dzieciakami na koloniach i sam nie wiem kim jeszcze. Okazało się też, że nasz ulubiony mleczak został przerobiony na grill bar z obsługą kelnerską więc odszukaliśmy drugi ulubiony mleczak. Wniosek: zawsze warto mieć plan B (albo wiedzieć gdzie są pozostałe mleczaki, przyp. El.).

2015-07-02-16.00.05

Po obiedzie ruszyliśmy na zakupy. Tesco przy dworcu PKP na szczęście spełniło pokładane w nim nadzieje. Po krótkiej wymianie zdań na temat zawartości mięsa w różnych rodzajach konserw zdecydowaliśmy się kupić wino. Wino nie ma w sobie mięsa, ale nie po to wiozłem 400 km korkociąg, żeby zeń nie skorzystać. Następnie złapaliśmy busa w kierunku Morskiego Oka (10 zł od osoby, 30 minut jazdy), aby finalnie odbyć 4 kilometrowy spacer drogą w kierunku jeziora do Wodogrzmotów Mickiewicza, przy których zeszliśmy z szosy (szlakiem tego nazywać nie wypada) tajemniczą przecinką w kierunku Doliny Roztoki. Po kwadransie byliśmy na miejscu.

2015-07-02-18.00.52

Zamieszkaliśmy w pokoju nr 6, z widokiem na zaplecze gospodarcze, co może nie jest zbyt fortunną okolicznością, ale widoków chyba się jeszcze naoglądamy bo pogoda jest idealna. Widoczność dochodzi do kilkudziesięciu kilometrów.

2015-07-02-18.27.10

Schroniskiem zarządza ta sama przezabawna góralka (łatwo poznać po świetnym akcencie), którą poznaliśmy dwa lata temu, a która wydała nam klucze, piwo i zarządziła stanowczo, że ma przerwę.

O 19 siedliśmy nad mapą żeby zastanowić się nad trasą na jutro, a schronisko zaludniło się ludźmi, którzy zostają na noc.

2015-07-02-19.04.36