Epilog – 2499 m.n.p.m.

Wróciliśmy wczesnym wrześniem na ostatnią letnią górską przygodę. Pakowaliśmy się lekko. Pod kątem jednego wejścia. Wylądowaliśmy w Roztoce w czwartek 3 września 2015 roku po południu. Wieczorem, po ciemku odebraliśmy z parkingu Anię – siostrę Elżbiety, która jechała z Wrocławia prosto z pracy (buty na obcasie i te sprawy). Wiązało się to z marszem w całkowitej ciemności asfaltówką z Morskiego Oka. Jakoś tak wyszło, że nie wzięliśmy latarek. Nie obyło się bez dziwnych dźwięków, szumów, szelestów, antropomorficznych cieni i ogólnie przerażającej gry wyobraźni. W mieście nie bywa ciemno. W mieście noce są jasne jak dni. W lesie jest inaczej. W pochmurną noc ciemność jest całkowita. Nie widać dłoni na końcu wyciągniętej przed siebie ręki. Kierunek marszu wyznaczała nam mniejsza ciemność otoczona większą – fragment nieba nad drogą nie zasłonięty przez drzewa. Udało się. Wróciliśmy we trójkę i poszliśmy spać.

Pobudka o 04:30 nad ranem. Ciemność. Ekwipunek i zapasy były już przygotowane. W głównej sali tłoczyli się ludzie. Jedli śniadania, przepakowywali plecaki. Ze schroniska wyruszyliśmy krótko po 5 rano asfaltową drogą w stronę Morskiego Oka. W oddali szarzał poranek. Droga mijała szybko. Z każdą chwilą robiło się jaśniej, a mgła podnosiła się coraz wyżej. Mięliśmy duże obawy w związku z prognozą pogody. Miało padać. Zachmurzenie miało być znaczne. To nie są warunki na tego typu góry, na które chcieliśmy się wspinać. Obiecałem sobie, że jeśli będzie się zanosiło na deszcz, to rezygnuję. Nie miałem zamiaru głupio ryzykować. W połowie drogi Na Morskie Oko dopadł nas Halny. To również wszyscy mieli w szkole: ciepłe masy powietrza spadają po zboczach ze znaczną prędkością wyrządzając szkody w drzewostanie. Praktyka nieodparcie nasuwa skojarzenie z suszarką. Gorące, bardzo suche powietrze wiało nam ze znaczną siłą prosto w twarz. Czułem już wtedy, że będzie dobrze, że pogoda nie zawiedzie. Bardziej czułem niż wiedziałem bo wiedzę meteorologiczną mam z kursów żeglarskich, gdzie nigdy nie było mowy o Halnym. W schronisku na Morskim Oku stanęliśmy o 7 rano na krótkie śniadanie. W okolicach stawu było pusto. Żadnych turystów, plażowiczów, par młodych z sesją zdjęciową. Przy samej drodze pasły się tylko dwie sarny tak całkowicie przyzwyczajone do ludzkiej obecności, że dałoby się podejść i je pogłaskać. Ludzi jednak nie było. Zjedliśmy kilka bułek, wypiliśmy herbatę z termosu, sprawdziliśmy prognozę pogody i ruszyliśmy w drogę na Czarny Staw pod Rysami. Czarny Staw to dobre miejsce na rozgrzewkę. Morskie Oko można obejść od obu stron. Droga jest płaska i można ją pokonać szybkim marszem. Później następuje stroma wspinaczka nad sam Staw. Na miejscu człowiek odnajduje się z wyraźnie podwyższonym tętnem i mokrymi plecami. Nie marudząc nad brzegiem poszliśmy od razu wokół stawu w kierunku masywu ukrytej we mgle góry. Szacowaliśmy wspinaczkę na 3 godziny. Znak nad brzegiem wskazywał 4:20. Cel: Rysy – najwyższy szczyt polskich Tatr. The game is on.

Wróciliśmy wycieńczeni po 11 godzinach marszu. Zmęczeni, ale szczęśliwi. Zjedliśmy, doprowadziliśmy się do porządku i o 20 byliśmy w łóżkach. Spaliśmy kolejnych 11 godzin, jak zabici.

IMG_0025IMG_0035IMG_0036IMG_0037IMG_0039IMG_0057IMG_6827IMG_6834IMG_6840IMG_6842IMG_6858IMG_6862IMG_6878IMG_6890IMG_6892IMG_6897IMG_6905IMG_6911IMG_6909IMG_6912IMG_6914IMG_6918IMG_6919IMG_6923

Reklamy