Lasy we mgle

Spaliśmy prawie 10 godzin. Łóżka skrzypiały, deszcz padał za oknem, a materace były niewygodne, ale zmęczeni – spaliśmy. El, jak zwykle wstała pierwsza. Znalazłem ją pijącą herbatę na kamiennym tarasie przed schroniskiem, z widokiem na polanę. Padał deszcz. Było cicho i zimno. Nad lasem unosiła się mgła, z której czasami, na chwilę, wyłaniały się fragmenty gór. Pomyślałem, że mógłbym tu zostać na zawsze. Spokój tego miejsca był absolutny.

Reszta powoli pozbierała się z łóżek i przy śniadaniu podjęliśmy decyzję, że realizujemy opracowany wczoraj plan krótkiego wyjścia na Trzydniowiański Wierch (1758 m.n.p.m.) z opcją powrotu, jeśli wisząca w powietrzu mżawka rozwinie się w coś bardziej intensywnego. Kasia została w schronisku. Ruszyliśmy o 10. Przez całą drogę towarzyszyła nam mgła. Ze szczytu, osiągniętego po stromym podejściu nie było widać nic. Było za to mokro i zimno więc po szybkim posiłku ruszyliśmy z powrotem. Trasa była krótka i szybko minęła. Wszystkiego niecałe 4 godziny i to licząc z błąkaniem się po Dolinie Chochołowskiej w poszukiwaniu regionalnych serów. W zapchanym ludźmi schronisku, po krótkim czajeniu się w napięciu na zwalniany stolik zasiedliśmy w jadalni na resztę popołudnia i wieczór.

Leitmotivem tego dnia okazały się gry towarzyskie. Na podejściu i na zejściu graliśmy w „Czarne Historie”, wieczorem w elektroniczną wersję „Tabu”, a na koniec w „Czółko”. Bank rozbił Kuba, który na pytanie-podpowiedź „Jeśli nie masz rodziców, to kim jesteś?” wystrzelił „Kopciuszkiem!”. Pokładaliśmy się ze śmiechu, a przy okazji okazało się, że całkiem nieźle u nas z tzw. wiedzą ogólną. Zerkałem czasem za okno, w stronę lasu i czułem, że odpoczywam. To był dobry dzień. Jutro czeka nas powrót do Warszawy.

Reklamy

„O”, nie „u”

Poranek rozpoczął się dynamicznie. Szybka toaleta, szybki warm mush z czekoladą i o 07:20 wyruszyliśmy w Góry. Pogoda była piękna, niebo bezchmurne, lekki wiatr chłodził, jasne słońce grzało. Prognozowana burza została odwołana aż do późna w nocy. Prosto ze schroniska, dziarskim marszem skierowaliśmy się na Grzesia (1653 m.n.p.m.), którego osiągnęliśmy po godzinie i piętnastu minutach. Panorama z Grzesia była fantastyczna. Z daleko wysuniętego na zachód szczytu, w kierunku wschodnim widać było niespełna całe pasmo. Powietrze było przejrzyste, a niebo bezchmurne. Po chwili odpoczynku skierowaliśmy kroki na Rakoń (1879 m.n.p.m.), a następnie na Wołowiec (2064 m.n.p.m.), gdzie pokonawszy bardzo strome podejście dotarliśmy o 10:15. Szlak wiódł prosto na południe wzdłuż granicy ze Słowacją i z wyglądu bardzo przypominał Czerwone Wierchy. Szczyty pokryte były niskimi krzakami i rudą trawą.

Na Szczycie Wołowca odbyliśmy dłuższy postój i podzieliliśmy się na dwie ekipy. Kasia i El rozstawiły bazę, a Ania, Kuba i ja, korzystając z okna pogodowego przeprowadziliśmy atak szczytowy na Ostry Rohač (2088 m.n.p.m.) – gołą skałę strzelającą niemal pionowo w niebo po słowackiej stronie.

Podejście, poprzedzone stromym zejściem z Wołowca, zajęło około godziny i wymagało użycia wszystkich kończyn, a wejście na sam szczyt zabezpieczone było łańcuchami i wymagało przemieszczania się wahadłowo. Szlak na Rohaczach, w przeciwieństwie do Orlej Perci jest w całości dwukierunkowy, ale ekspozycja wyklucza zwyczajne mijanie się. Kuba i Ania zatrzymali się pod szczytem, ja brnąłem w górę walcząc ze strachem przy każdym spojrzeniu w dół. Kilka łańcuchów, dwa trawersy nad przepaścią i jeden komin później było już po wszystkim. W południe Ostry Rohacz został zdobyty i mogliśmy zacząć wracać do schroniska.

Na Wołowcu okazało się, że dziewczyny poszły spać. Pozbieraliśmy je, opowiedzieliśmy o wrażeniach i zielonym szlakiem zeszliśmy do schroniska. Cała wyprawa trwała niespełna 7,5 h. Byliśmy wykończeni.

Na miejscu odebraliśmy swoje rzeczy z przechowalni i przenieśliśmy się do pokoju ze skrzypiącymi, piętrowymi łóżkami. Nastąpiły prysznice, obiady, zimne piwa i zasłużony odpoczynek. Pod wieczór wyszliśmy na krótki spacer wokół Polany Chochołowskiej. Pogapiliśmy się na pasące się owce, zajrzeliśmy do drewnianej kaplicy, w której mieszkała nieszczególnie bojąca się ludzi mysz i około 21 wylądowaliśmy w łóżkach. Kasia i Kuba oglądali jeszcze jakiś mecz, ale nie wiem nawet kiedy wrócili. Uzgodniliśmy, że w sobotę nie wychodzimy w góry przed 10. W nocy przyszła burza.

„W życia wędrówce, na połowie czasu, straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi, w głębi ciemnego znalazłem się lasu”

Żyję. Choć łatwo nie było i nigdy więcej nie wejdę samotnie do lasu w nocy.

Bus z Zakopanego zabrał mnie z gromadką ludzi i ruszył na południowy zachód. Początkowo jechał przez miasto, po oświetlonych ulicach. Później światło pojawiało się jedynie na coraz rzadszych obszarach zabudowanych, a między nimi reflektory wyławiały z mroku jedynie drzewa i fragment drogi. Ludzie wysiadali na swoich przystankach i wkrótce zostałem sam na sam z kierowcą, który zjechał z drogi asfaltowej na polną. Jechaliśmy tak nocą po bezdrożach w milczeniu, aż dotarliśmy do wejścia w dolinę. Wysiadłem pożegnawszy się wylewniej, niż to mam w zwyczaju. Jakby zaklinając na zapas przychylność losu. Zegarek pokazywał 21:20. Było zimno i wiało. Księżyc, choć nie w pełni, dawał w bezchmurną noc dużo światła, więc dało się iść bez czołówki. Nie włączałem jej. Dolina była w tym miejscu szeroka i pusta, a na tle rozgwieżdżonego nieba rysowały się czarne sylwetki gór. Widok był przepiękny i baśniowo nierealny.

Szybki marsz na rozgrzanie doprowadził mnie po kilku chwilach do wejścia do lasu. Droga się zwęziła, zrobiło się ciemniej, krajobraz przysłoniły wielkie czarne drzewa. Wyobraźnia natychmiast podpowiedziała, że w takich warunkach można się znaleźć na wyciągnięcie ręki od pieszego zupełnie nie dając się dostrzec. Robiłem takie rzeczy za dzieciaka grając w podchody i różne nocne manewry. Wiatr wył, biegnący wzdłuż drogi przez całą dolinę strumień szumiał, nie dało się niczegoo zobaczyć ani usłyszeć. Nagle usłyszałem plusk i zbliżającą się serię głośnych chlupnięć. Coś dużego wskoczyło do wody i zmierzało w moją stronę. Tego już było za wiele. Pobiwszy swój rekord życiowy na setkę z plecakiem przez dłuższą chwilę miarowym biegiem oddalałem się od miejsca zdarzenia z nadzieją, że nie goni mnie niedźwiedź.

Włączyłem czołówkę i blade światło zalało przestrzeń bezpośrednio przede mną. W takim słabym świetle nie widać kolorów. Wszystko jest jaśniej lub ciemniej szare, a cienie przybierają niepokojące kształty. Rozglądając się nerwowo i oglądając raz po raz za siebie ruszyłem w dalszą drogę. Niedługo później, w oddali pokazały się nisko nad ziemią dwa czerwone ogniki. Szedłem niewzruszenie, poznałem, że to znicze stawiane pod jedną ze skał. Ktoś tam zginął, jest tablica pamiątkowa. Przeczytam przechodząc w ciągu dnia. Po chwili wypatrzyłem z oddali czołówkę. Ktoś szedł w przeciwnym kierunku. Okazało się, że Ania i El wyszły mi na spotkanie, a Ania nosi na czole reflektor przeciwlotniczy. Przywitaliśmy się radośnie i razem ruszyliśmy do schroniska. Po 40 minutach byliśmy na Polanie Chochołowskiej, w oddali widać było światło naszego noclegu. Później już tylko szybki prysznic, karimata na podłogę w świetlicy i sen. Wcześnie rano ruszamy w góry.

Okazało się, że podczas ucieczki przed wyimaginowanym niedźwiedziem otworzył mi się plecak i zgubiłem w lesie pączka.

Cały dzień w biegu

Jedziemy na kolejny przedłużony weekend w Tatrach. Tym razem zachodnich, z planem odwiedzenia Słowacji i większą niż zwykle ekipą.

Już samo dotarcie w góry wiązało się z przygodami. Umówiliśmy się, że w piątek 1 września rano ruszamy ze schroniska na Polanie Chochołowskiej i to było nasze jedyne ustalenie w tym zakresie. Reszta zależała od inwencji poszczególnych osób. Kasia i Kuba przyjechali wcześniej, wdrapali się na Zawrat i Świnicę, po czym przejechali do wejścia do Chochołowskiej i ruszyli do schroniska. Ania o 7 rano ruszyła pociągiem z Wrocławia do Krakowa, gdzie spotkała się z El, która o podobnej porze ruszyła do Krakowa z Warszawy. Spotkawszy się i posiliwszy, dziewczyny ruszyły busem do Zakopanego, a następnie do wejścia w dolinę i do schroniska. Ja wstałem w Warszawie chwilę po 8 i zacząłem dzień długim prysznicem.

Plan był następujący: o 12 rozprawa w Łodzi, na którą jechałem samochodem. Później szybki powrót do Warszawy, toga do szafy, odgrzewany obiad na kolanie, plecak na plecy i o 15:45 łapałem pociąg do Krakowa. Poszło bez przeszkód, czego nie można powiedzieć o kolejnym etapie podróży. Pociąg spóźnił się tylko 5 minut i wjechał na peron docelowy o 18:13, ale to wystarczyło żeby możliwość złapania busa do Zakopanego o 18:17 stanęła pod znakiem zapytania. Sprawę uratowało szczęście, które sprawiło, że podjęty w kompletnie losowym kierunku sprint zaprowadził mnie na dworzec PKS, wprost przed maskę mojego busa, który właśnie ruszał z platformy. Teraz już do końca życia zapamiętam rozkład krakowskiego wspólnego dworca PKP i PKS. Kierowca okazał się być w porządku i zamiast mnie potrącić, zatrzymał się i otworzył drzwi. Nawet obyło się bez bluzgów. W międzyczasie dobiegł jeszcze jakiś koleś i w końcu ruszyliśmy w stronę Zakopanego.

Około 19:30 zaszło słońce. Do miasta dotarłem już po zmroku. Niby było jeszcze wcześnie i sporo ludzi kręciło się po ulicach, ale ciemność dookoła wydawała się jakoś głębsza niż powinna. Może to kwestia przyzwyczajenia do miasta. Wczoraj w Warszawie siedziałem nad Wisłą prawie do północy i było dużo jaśniej niż tu i teraz. Ustaliłem szybko, że bus jadący do wejścia do doliny ruszy o 20:55 i zaatakowałem lokalny market, w którym zdobyłem wielką, choć nieco czerstwą bułkę, starego pączka i swoją ulubioną Jogobellę truskawkową. Bułka z jogurtem poszła od razu. Pączka zjem podczas przewidzianej na 2 godziny wędrówki przez las w kompletnej ciemności do schroniska. Samotnie. Jak dobrze, że w drodze oglądałem jakiś stary odcinek „Z archiwum X” o potworze, co zabijał w nocy. Na pewno będzie wesoło.

img_0751-1

„Tak wyglądał, gdy widziano go po raz ostatni”